Rzeka jako ściekowy alarm. NIK pokazuje, jak system ochrony Iny zobaczył problem i nie zatrzymał zanieczyszczeń.
Najwyższa Izba Kontroli opublikowała 10 czerwca 2026 r. wyniki kontroli ochrony rzeki Iny i jej dopływów. Najmocniejszy fakt jest prosty: w 2024 r. podmiot objęty postępowaniem miał ośmiokrotnie zrzucić do Iny ok. 55 tys. m3 mieszaniny nieoczyszczonych ścieków i wód opadowych. Ale prawdziwy problem jest większy niż jeden zrzut. Z raportu wyłania się państwo, które ma urzędy, pozwolenia, kontrole i postępowania, lecz reaguje za wolno, widzi za mało i zbyt często działa po fakcie.

Kontrola NIK dotycząca rzeki Iny jest jedną z tych spraw, które pokazują różnicę między istnieniem systemu a jego skutecznością. Na papierze wszystko tu jest: Wody Polskie, Zarząd Zlewni, Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej, Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, WIOŚ, gminy, spółki komunalne, pozwolenia wodnoprawne, automonitoring, kontrole i postępowania. A jednak NIK stwierdza, że działania podejmowane przez skontrolowane podmioty nie były adekwatne do potrzeb wynikających ze złego stanu wód i nie były prawidłowe, rzetelne oraz skuteczne.
To nie jest wyłącznie lokalna historia o jednej rzece. To opowieść o mechanizmie, w którym odpowiedzialność za środowisko zostaje rozproszona między instytucje tak skutecznie, że gdy trzeba zareagować szybko, nikt nie ma pełnego obrazu. Jeden urząd wydaje pozwolenia, drugi prowadzi kontrole, trzeci ocenia szkodę, kolejny dostaje wyniki pomiarów, a jeszcze inny ma systemowo monitorować zagrożenia. W teorii to sieć bezpieczeństwa. W praktyce, według NIK, sieć miała dziury właśnie tam, gdzie powinna trzymać najmocniej.
Rzeka nie czeka na zakończenie postępowania administracyjnego. Jeżeli ścieki trafiają do wód, to nie robią przerwy na uzupełnienie dokumentacji, spór kompetencyjny ani brak systemu informatycznego. Dlatego w sprawach środowiskowych najgroźniejsze nie jest tylko samo naruszenie. Groźna jest bezradność państwa po naruszeniu: powolność, brak danych, niewystarczająca liczba kontroli i reakcja oparta głównie na zgłoszeniach zewnętrznych.
NIK opublikowała 10 czerwca 2026 r. informację o kontroli P/25/082/LSZ: „Ochrona rzeki Iny i jej dopływów przed zanieczyszczeniami”. Kontrolę prowadziła Delegatura NIK w Szczecinie. Objęto nią m.in. Wody Polskie RZGW w Szczecinie, Zarząd Zlewni w Stargardzie, Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska w Szczecinie, WIOŚ w Szczecinie, dwie gminy oraz dwie spółki realizujące zadania wodno-kanalizacyjne.
NIK wskazała, że ponad połowę zlewni Iny zajmują tereny rolnicze z przewagą intensywnej gospodarki rolnej, około 30% stanowią lasy, a pozostała część to obszary zurbanizowane. Rzeka ma istotną wartość przyrodniczą i rekreacyjną. W jej zlewni znajdują się liczne formy ochrony przyrody, a Ina i jej dopływy, w tym Mała Ina, są ważne także dla wędkarzy i turystyki.
Raport NIK pokazuje skalę złego stanu wód. Ocena stanu jednolitych części wód powierzchniowych przeprowadzona w 2022 r. na podstawie danych z lat 2016-2021 wykazała, że spośród 24 analizowanych części aż 22 oceniono jako znajdujące się w stanie złym. Dodatkowo ocena ryzyka dla 26 części wód wyznaczonych w zlewni Iny na lata 2022-2025 wskazała, że 24 z nich są zagrożone brakiem realizacji celów środowiskowych. To nie jest marginalny sygnał. To czerwona lampka świecąca niemal na całej mapie.
Najbardziej obrazowy fakt dotyczy zrzutów do Iny. Według NIK od 23 czerwca 2023 r. RDOŚ w Szczecinie prowadziła postępowanie administracyjne dotyczące szkody w wodach Iny. W tym czasie podmiot objęty postępowaniem miał dokonywać kolejnych zrzutów z kanalizacji ogólnospławnej poprzez przelewy burzowe. W 2024 r. ośmiokrotnie zrzucono ogółem ok. 55 tys. m3 mieszaniny nieoczyszczonych ścieków i wód opadowych.
Jednym z najmocniejszych ustaleń NIK jest skala kontroli Wód Polskich. W latach 2022-2025 Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej w Szczecinie objął kontrolami jedynie około 5% podmiotów posiadających pozwolenia wodnoprawne w zlewni Iny, realizując łącznie 15 kontroli. NIK wylicza, że przy takim tempie objęcie kontrolą wszystkich obowiązujących pozwoleń zajęłoby około 60 lat.
To zdanie powinno trafić na biurka osób odpowiedzialnych za politykę wodną. Kontrola raz na pokolenie nie jest nadzorem. To administracyjna loteria. Jeżeli podmiot wie, że prawdopodobieństwo realnej kontroli jest niskie, system zaczyna działać bardziej na deklaracjach niż na egzekucji. Państwo może mieć przepisy, może mieć pozwolenia i może mieć formularze, ale bez kontroli pozostaje przede wszystkim nadzieja, że wszyscy będą przestrzegać warunków.
NIK wskazuje również, że RZGW nie utworzył Regionalnej Inspekcji Wodnej, która miała zacząć działać od 1 lipca 2024 r. i kontrolować m.in. przestrzeganie Prawa wodnego oraz gospodarowanie wodami. Zaniechanie uzasadniono działaniami Wód Polskich i Ministerstwa Infrastruktury zmierzającymi do zmian legislacyjnych, zakładających odstąpienie od jej powołania. W praktyce powstała sytuacja politycznie wygodna i instytucjonalnie słaba: organ, który miał wzmocnić kontrolę, nie powstał, a w jego miejsce nie pokazano skutecznego zamiennika.
Kolejny problem dotyczy pozwoleń wodnoprawnych. NIK wskazuje, że skontrolowane organy Wód Polskich nie posiadały zbiorczych informacji o zanieczyszczeniach wprowadzanych do wód w zlewni Iny i nie prowadziły analizy ilości oraz wpływu ogółu odprowadzanych zanieczyszczeń na stan odbiorników. Innymi słowy: decyzje mogły być podejmowane bez pełnego bilansu presji na rzekę.
To jest istota problemu administracyjnego. Jeżeli każdy zrzut ocenia się osobno, ale nikt nie widzi łącznego obciążenia rzeki, to system może legalizować fragmenty presji, których suma pogarsza stan wód. NIK zwraca uwagę, że obowiązujące przepisy nie wymagały bilansowania limitów zanieczyszczeń ustalonych w pozwoleniach. To luka, która w zwykłym języku oznacza: można pilnować pojedynczych drzwi, a nie widzieć, że cały budynek traci fundament.
Równie niepokojący jest wątek aktualnych danych. Według NIK organy wydające pozwolenia nie dysponowały aktualnymi wynikami badań poziomu wszystkich substancji szczególnie szkodliwych dla środowiska wodnego. Jeżeli państwo wydaje pozwolenia bez pełnej wiedzy o stanie odbiornika i łącznej presji zanieczyszczeń, to nie zarządza ryzykiem. Ono je administracyjnie rozprasza.

NIK stwierdziła, że WIOŚ w Szczecinie w latach 2022-2024 przeprowadził na terenie zlewni Iny łącznie 71 kontroli, z czego 59 było planowych, a 12 doraźnych. W 55% kontroli inspektorzy stwierdzili nieprawidłowości i podjęli działania pokontrolne. Sama liczba nieprawidłowości pokazuje, że problem nie był incydentem, lecz powtarzalnym stanem systemu.
Jednocześnie WIOŚ nie miał dostępu do bieżących informacji o stanie wód i ich zanieczyszczeniu w wyniku nagłych zdarzeń, awarii lub celowych działań. Informacje o zagrożeniach otrzymywał najczęściej w ramach zgłoszeń zewnętrznych. To administracyjnie bardzo niebezpieczny model: organ kontrolny nie widzi rzeki w czasie rzeczywistym, tylko czeka, aż ktoś zadzwoni, napisze, zauważy, zgłosi, pokaże.
Po katastrofie ekologicznej na Odrze państwo miało zbudować ogólnopolski system monitorowania zagrożeń wód śródlądowych wraz z systemem wczesnego ostrzegania. Według NIK system ten nie został zakończony. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej rozwiązał umowę z Instytutem Rybactwa Śródlądowego m.in. z powodu opóźnień, nierozliczenia zaliczki w terminie i braku dokumentacji potwierdzającej legalność instalacji urządzeń pomiarowych. To brzmi jak techniczny przypis, ale w praktyce oznacza brak narzędzia, które miało dawać państwu szybszy alarm.
NIK krytycznie oceniła także działania skontrolowanych gmin. W raporcie wskazano brak skutecznego nadzoru nad gospodarowaniem nieczystościami ciekłymi na terenach nieskanalizowanych. Według ustaleń kontroli do oczyszczenia mogło nie trafić nawet ok. 87% takich nieczystości, a w trzech miejscowościach nieoczyszczone ścieki były odprowadzane bezpośrednio do środowiska.
Ten fragment pokazuje, jak bardzo ochrona rzeki zależy od lokalnej codzienności. Wielkie strategie wodne są ważne, ale rzekę niszczą także niewidoczne rury, nieszczelne zbiorniki, niesprawna infrastruktura, brak kontroli odbioru nieczystości i zbyt słabe egzekwowanie obowiązków. To nie jest polityka efektowna, bo nie da się jej łatwo sprzedać na konferencji. To żmudna administracja, która ma sens dopiero wtedy, gdy jest prowadzona konsekwentnie.
NIK wskazała również, że spółki wodociągowo-kanalizacyjne nie przestrzegały w pełnym zakresie obowiązków i warunków odprowadzania ścieków określonych w pozwoleniach oraz nie realizowały prawidłowo obowiązków związanych z odbiorem nieczystości ciekłych. Powodem była m.in. przestarzała i niesprawna infrastruktura. To klasyczny mechanizm zaniedbania: przez lata odkłada się koszt modernizacji, a potem koszt płaci środowisko.
Dla mieszkańca zlewni Iny ta sprawa nie jest abstrakcyjną kontrolą. To jakość wody, bezpieczeństwo lokalnego ekosystemu, turystyka, wędkarstwo, atrakcyjność regionu, zdrowie środowiska i zaufanie do instytucji. Jeżeli obywatel widzi zanieczyszczenie, a państwo odpowiada długim postępowaniem i brakiem bieżących danych, to traci wiarę, że prawo środowiskowe chroni coś więcej niż własną dokumentację.
To ważne także szerzej, bo Polska ma problem z wodami powierzchniowymi, a kryzysy środowiskowe nie zaczynają się w dniu katastrofy. Zaczynają się wcześniej: w niedofinansowanej kontroli, w nieprzeglądanych pozwoleniach, w braku bilansu zanieczyszczeń, w spóźnionej analizie wyników i w systemach ostrzegania, które nie zostały wdrożone na czas. Katastrofa rzadko przychodzi nagle. Często przychodzi po serii ignorowanych sygnałów. Obywatel powinien z tej sprawy zrozumieć jedno: ochrona środowiska nie polega na tym, że państwo ma instytucje o właściwych nazwach. Polega na tym, że te instytucje mają dane, ludzi, uprawnienia, pieniądze i obowiązek reagowania zanim zanieczyszczenie stanie się faktem dokonanym.
W takich sprawach władza publiczna często chowa się za językiem kompetencji. RZGW, ZZ, RDOŚ, WIOŚ, PMŚ, pozwolenia, automonitoring, przeglądy, postępowania szkodowe. Im więcej skrótów, tym łatwiej zgubić prosty sens: rzeka jest zanieczyszczana, a system reaguje za słabo. Urzędowy język może działać jak zasłona, bo rozbija odpowiedzialność na procedury i formularze. Druga technika to uspokajanie samym istnieniem systemu. Skoro są kontrole, są pozwolenia i są postępowania, odbiorca ma uznać, że państwo działa. NIK pokazuje jednak, że samo działanie nie wystarcza. Kontrola 5% posiadaczy pozwoleń, brak bieżących danych i postępowanie, w trakcie którego dochodzi do kolejnych zrzutów, nie są dowodem skuteczności. Są dowodem, że mechanizm był zbyt słaby wobec skali problemu.
Trzecia technika to przerzucanie ciężaru na ograniczenia: brak pieniędzy, braki kadrowe, regulacje prawne, problemy organizacyjne. Część tych wyjaśnień może być prawdziwa. Ale dla obywatela i rzeki nie jest istotne, czy ścieki płyną przez brak pieniędzy, brak ludzi czy złą procedurę. Istotne jest, że płyną. Państwo nie może przedstawiać własnej niewydolności jako neutralnego tła sprawy.
Po pierwsze, trzeba ustalić, jakie działania naprawcze podejmą Wody Polskie, RDOŚ, WIOŚ, gminy i spółki wodociągowo-kanalizacyjne po publikacji raportu NIK. Same wnioski pokontrolne nie oczyszczą rzeki. Potrzebne są terminy, odpowiedzialni, finansowanie, harmonogram kontroli i publiczne raportowanie efektów.
Po drugie, wymaga kontroli wątek Regionalnej Inspekcji Wodnej. Skoro miała wzmocnić nadzór, a nie została utworzona, trzeba jasno odpowiedzieć, czym rząd i Wody Polskie zastąpią ten instrument. Po trzecie, trzeba sprawdzić, kiedy i w jakiej formie powstanie realny system wczesnego ostrzegania dla wód śródlądowych. Po doświadczeniu Odry brak takiego narzędzia nie jest drobnym opóźnieniem, lecz ryzykiem państwowym.
Po czwarte, należy porównać pozwolenia wodnoprawne w zlewni Iny z rzeczywistym stanem rzeki i łącznym obciążeniem zanieczyszczeniami. Bez bilansu presji państwo może nadal wydawać decyzje, które osobno wyglądają poprawnie, ale razem pogarszają stan wód. Po piąte, trzeba monitorować, czy kontrole gmin i spółek wodno-kanalizacyjnych przełożą się na realne inwestycje infrastrukturalne, a nie tylko na kolejne pisma pokontrolne.
Moim zdaniem raport NIK o Inie jest aktem oskarżenia nie przeciwko jednej osobie, lecz przeciwko stylowi administrowania środowiskiem, w którym państwo zbyt często myli posiadanie procedury z posiadaniem kontroli. Jeżeli zlewnia jest w złym stanie, a pełne skontrolowanie posiadaczy pozwoleń miałoby w obecnym tempie zająć około 60 lat, to nie mówimy o chwilowym przeciążeniu. Mówimy o systemie ustawionym poniżej skali zadania.
Najbardziej kompromitująca jest nie sama liczba 55 tys. m3. Ona jest porażająca, ale jeszcze bardziej porażające jest to, że zrzuty miały następować w czasie trwania postępowania dotyczącego szkody w wodach. To pokazuje państwo, które potrafi prowadzić sprawę, ale niekoniecznie potrafi zatrzymać szkodliwy skutek w czasie, kiedy sprawa trwa. W ochronie środowiska taka powolność jest szczególnie kosztowna, bo woda nie czeka na decyzję.
Władza publiczna powinna potraktować ten raport jak ostrzeżenie przed kolejną Odrą w mniejszej skali. Nie dlatego, że każda rzeka stanie się miejscem katastrofy, lecz dlatego, że każda katastrofa ma wcześniej swoje drobniejsze zapowiedzi: brak danych, brak kontroli, brak bilansu, brak szybkiej reakcji. Ina pokazuje, że problem nie zaczyna się wtedy, gdy rzeka robi się medialna. Problem zaczyna się wtedy, gdy instytucje przestają widzieć wodę, a widzą głównie akta.
Najbardziej bezpośrednia konsekwencja dotyczy samej zlewni Iny. Jeżeli zalecenia NIK nie przełożą się na realne zmiany, zły stan wód może się utrwalać, a region będzie ponosił koszty przyrodnicze, turystyczne i społeczne. To oznacza mniejszą atrakcyjność rekreacyjną, ryzyko kolejnych incydentów zanieczyszczenia i słabsze zaufanie do instytucji środowiskowych.
Druga konsekwencja jest ogólnopolska. Raport może stać się testem dla Ministerstwa Infrastruktury, Wód Polskich, GIOŚ i NFOŚiGW: czy po publikacji kontroli pojawią się tylko wyjaśnienia, czy realne decyzje. Jeżeli państwo po raz kolejny ograniczy się do języka organizacyjnych trudności, obywatel dostanie sygnał, że ochrona wód pozostaje priorytetem głównie wtedy, gdy rzeka już jest w kryzysie.
Rzeka nie potrzebuje zapewnień, że państwo ma system. Rzeka potrzebuje systemu, który działa. Jeżeli kontrola wszystkich pozwoleń ma trwać około 60 lat, a ostrzeganie zależy od zgłoszeń z zewnątrz, to nie jest ochrona. To administracyjne czekanie na kolejny alarm.
Autor i redaktor Libra True
Czytaj również


Dziecko zostaje w domu, państwo patrzy na rodzica. RPD pokazuje lukę w systemie MEN.
Rzecznik Praw Dziecka wystąpił do Barbary Nowackiej w sprawie Młodzieżowych Ośrodków Socjoterapii, które nie odpowiadają potrzebom uczniów neuroróżnorodnych. W piśmie opisano sytuację, w której dzieci z ASD, ADHD, ADD, zespołem Tourette’a czy FAS mogą zostawać w domu bez adekwatnej opieki, a rodzice ryzykują odpowiedzialność za niespełnianie obowiązku szkolnego. To nie jest drobna luka w procedurze. To mechanizm, w którym państwo najpierw nie tworzy miejsca, a potem wymaga od rodziny, by udawała, że miejsce istnieje.


SOP zamknął drzwi fotoreporterowi. NSA przypomniał, że bezpieczeństwo nie zwalnia państwa z kontroli.
RPO poinformował 10 czerwca 2026 r., że Naczelny Sąd Administracyjny uchylił postanowienie WSA w sprawie fotoreportera negatywnie zweryfikowanego przez Służbę Ochrony Państwa przed wydarzeniem w obiekcie Prezesa Rady Ministrów. WSA odrzucił skargę, uznając, że czynności sprawdzające SOP nie podlegają sądowej kontroli administracyjnej. NSA stwierdził jednak, że zrobiono to przedwcześnie. To sprawa o to, czy służba ochronna może realnie odciąć dziennikarza od pracy bez przejrzystej drogi zaskarżenia.


Państwo chce budować szybciej. Kontrola ma zdążyć w biegu.
Rządowy projekt UD262 ma dać państwu szybszą ścieżkę dla inwestycji uznanych za kluczowe. W tle są porty, drogi, kolej, ochrona przeciwpowodziowa, energetyka i bezpieczeństwo. Ale każda specustawa działa jak ostry nóż: może przeciąć węzeł procedur albo osłabić kontrolę, która chroni ludzi przed błędem w dokumentach, decyzjach i granicach ich własności.


Nie jedna wielka reforma, lecz dwanaście małych przełączników państwa.
Na 58. posiedzeniu Sejm pracuje nad pakietem ustaw, które nie tworzą jednej głośnej reformy, ale mogą mocno zmienić codzienne relacje obywatela z państwem. Status osoby najbliższej ma powiązać relację z notariuszem, rejestrem i skutkami w wielu ustawach. Projekt o prawach ucznia wprowadza rzeczników i katalog kar szkolnych. Metropolia pomorska przesuwa część decyzji o transporcie i planowaniu ponad poziom jednej gminy. Obok są PPK przez ZUS, e-TOLL, vouchery turystyczne, leczenie substytucyjne, ochrona zwierząt, doktoranci i żegluga. Sens jest jeden: prawo działa nie tylko wielkimi hasłami, ale terminem, wpisem, doręczeniem i procedurą.