Dziecko zostaje w domu, państwo patrzy na rodzica. RPD pokazuje lukę w systemie MEN.
Rzecznik Praw Dziecka wystąpił do Barbary Nowackiej w sprawie Młodzieżowych Ośrodków Socjoterapii, które nie odpowiadają potrzebom uczniów neuroróżnorodnych. W piśmie opisano sytuację, w której dzieci z ASD, ADHD, ADD, zespołem Tourette’a czy FAS mogą zostawać w domu bez adekwatnej opieki, a rodzice ryzykują odpowiedzialność za niespełnianie obowiązku szkolnego. To nie jest drobna luka w procedurze. To mechanizm, w którym państwo najpierw nie tworzy miejsca, a potem wymaga od rodziny, by udawała, że miejsce istnieje.

Wystąpienie Rzecznika Praw Dziecka do Ministry Edukacji Barbary Nowackiej dotyczy Młodzieżowych Ośrodków Socjoterapii, czyli placówek, które w teorii mają odpowiadać na szczególnie trudne potrzeby wychowawcze, edukacyjne i terapeutyczne. RPD pyta o dzieci i młodzież rozwijające się w spektrum autyzmu, z ADHD, ADD, zespołem Tourette’a i FAS. To grupa, wobec której zwykłe administracyjne przesunięcie z jednej placówki do drugiej często nie rozwiązuje niczego. Dziecko potrzebuje środowiska, specjalistów, rewalidacji, spójnych zaleceń edukacyjnych i zdrowotnych oraz realnego planu pracy.
Z dokumentu wynika, że do RPD trafiają sygnały o poważnych trudnościach w dostępie do placówek MOS odpowiadających potrzebom uczniów neuroróżnorodnych. W jednej ze spraw matka 15-letniej dziewczynki ze spektrum autyzmu wskazała, że dla uczennic szkół ponadpodstawowych brakuje placówek oferujących zajęcia rewalidacyjne i przygotowanych do pracy z uczniami z ASD. Skutek jest brutalnie prosty: dziecko zostaje w domu, rekomendacje lekarzy, poradni i sądu rodzinnego nie są wykonywane, a rodzic może zostać potraktowany jak ktoś, kto nie dopilnował obowiązku szkolnego.
Pismo RPD nosi datę 28 kwietnia 2026 r., a w BIP zostało opublikowane 9 czerwca 2026 r. Adresatką jest Barbara Nowacka, Ministra Edukacji. RPD prosi o informacje dotyczące funkcjonowania MOS w kontekście uczniów z ASD, ADHD, ADD, zespołem Tourette’a i FAS. Wprost wskazuje na sygnały o trudnościach w dostępie do placówek przygotowanych do pracy z uczniami neuroróżnorodnymi.
W dokumencie pada ważna teza systemowa: dzieci i młodzież mogą pozostawać w domu bez adekwatnej opieki, a rodzice są narażani na odpowiedzialność z tytułu nierealizowania obowiązku szkolnego, mimo że źródłem problemu mają być luki systemowe, a nie zaniedbania po stronie rodziny. To zdanie jest ciężkie politycznie, bo przenosi sprawę z poziomu pojedynczego dramatu na poziom konstrukcji państwa.
RPD przypomina także wcześniejsze wystąpienia dotyczące dzieci z ADHD z 8 sierpnia, 9 października i 4 grudnia 2024 r. Według pisma do dnia sporządzenia wystąpienia nie nadeszła odpowiedź na te pisma. W tych wcześniejszych apelach RPD wskazywała m.in. na potrzebę wsparcia nauczyciela współorganizującego kształcenie, zabezpieczenia środków finansowych, poprawy jakości szkoleń nauczycieli oraz rzeczywistej komunikacji między szkołą a rodziną ucznia.

MEN ma w swojej strukturze Departament Edukacji Włączającej, który odpowiada za sprawy pomocy psychologiczno-pedagogicznej, kształcenia specjalnego, edukacji włączającej oraz funkcjonowania m.in. młodzieżowych ośrodków socjoterapii. Nie można więc tej sprawy zepchnąć na anonimową 'terenową praktykę'. Odpowiedzialność systemowa ma adres instytucjonalny: ministerstwo, kuratoria, organy prowadzące, poradnie, sądy rodzinne i placówki, które powinny współpracować, a według RPD nie tworzą spójnego mechanizmu.
Najbardziej niepokojący mechanizm nie polega na tym, że jedna placówka odmówiła przyjęcia jednego dziecka. Problem jest głębszy: system może produkować sytuacje bez wyjścia. Najpierw lekarz, poradnia psychologiczno-pedagogiczna albo sąd rodzinny wskazują potrzebę konkretnego wsparcia. Potem rodzic szuka placówki, która to wsparcie może realnie zapewnić. Następnie okazuje się, że odpowiedniej placówki nie ma, nie ma miejsc, nie ma rewalidacji, nie ma przygotowanej kadry albo nie ma oferty dla konkretnej grupy uczniów, np. dziewcząt w szkołach ponadpodstawowych.
Wtedy formalna maszyna nadal działa tak, jakby rzeczywistość była kompletna. Dziecko ma obowiązek szkolny. Rodzic ma obowiązek jego realizacji. Placówka ma miejsce w systemie prawnym. Tylko realnego miejsca dla konkretnego dziecka brakuje. To jest klasyczna patologia administracyjna: prawo zakłada istnienie rozwiązania, którego praktyka nie dostarcza. Obywatel zostaje pomiędzy decyzją, zaleceniem, brakiem miejsca i groźbą odpowiedzialności.
W tej konstrukcji państwo może zachowywać się jak urzędnik przy okienku: dokumenty są, obowiązek jest, proszę realizować. Tyle że rodzina nie zarządza siecią MOS, nie finansuje systemu, nie ustala standardów kwalifikowania, nie tworzy miejsc i nie koordynuje relacji między szkołą, poradnią, sądem i ochroną zdrowia. Rodzina ponosi skutek awarii, której nie projektowała.
Pierwsza patologia to kierowanie 'z konieczności'. RPD wskazuje, że dzieci bywają kierowane nie ze względu na realne potrzeby ucznia, lecz z powodu braku miejsc i braku innych rozwiązań systemowych. To odwrócenie logiki pomocy. Placówka nie jest wtedy odpowiedzią na diagnozę, tylko magazynem dla problemu, z którym system nie wie, co zrobić. Druga patologia to rozpad odpowiedzialności między instytucjami. W piśmie wymieniono szkoły, sądy, poradnie psychologiczno-pedagogiczne i kuratorów sądowych. Każdy z tych elementów może formalnie wykonać swoją część procedury, a mimo to dziecko nadal nie otrzyma adekwatnej pomocy. To jest administracyjna wersja przerzucania teczki: każdy ma papier, nikt nie ma rozwiązania.
Trzecia patologia to brak jednolitych standardów kwalifikowania. Jeśli różne powiaty stosują różne praktyki, a decyzje zależą od dostępności miejsc zamiast od profilu funkcjonowania dziecka, mamy nierówność terytorialną w dostępie do prawa do nauki. W takim układzie los dziecka może zależeć nie od diagnozy i potrzeb, ale od kodu pocztowego. Czwarta patologia to brak ciągłości terapeutycznej. Dziecko neuroróżnorodne nie jest segregatorem, który można przenieść do innej szafy. Jeśli placówka nie zapewnia rewalidacji, nie rozumie ASD lub ADHD, nie ma przygotowanej kadry i nie współpracuje z ochroną zdrowia, to formalne 'umieszczenie' dziecka może być jedynie zmianą adresu problemu. Pomoc staje się pozorem.
Piąta patologia to milczenie administracji. RPD w piśmie twierdzi, że nie otrzymała odpowiedzi na trzy wcześniejsze wystąpienia z 2024 r. dotyczące dzieci z ADHD. Jeżeli instytucja konstytucyjna alarmuje ministerstwo o wykluczeniu edukacyjnym dzieci, a odpowiedzi brak, to nie jest detal korespondencyjny. To sygnał o kulturze zarządzania problemem: przeciągnąć, odłożyć, rozmyć, aż rodzic zostanie sam.
Oficjalny język państwa od lat mówi o edukacji włączającej, wsparciu uczniów ze specjalnymi potrzebami i elastycznych rozwiązaniach. MEN na swoich stronach opisuje zakres zadań Departamentu Edukacji Włączającej, obejmujący m.in. kształcenie specjalne, pomoc psychologiczno-pedagogiczną i młodzieżowe ośrodki socjoterapii. W starszych komunikatach resort podkreślał, że dzieci ze specjalnymi potrzebami mają możliwość realizowania obowiązku szkolnego i obowiązku nauki w szkole. Pismo RPD pokazuje jednak drugą stronę tej narracji. Włączenie na papierze nie wystarcza, jeśli dla konkretnego dziecka nie ma placówki, specjalisty, rewalidacji i spójnego planu. Państwo może mówić o edukacji włączającej, ale rodzic stojący z orzeczeniem, zaleceniem lekarza i brakiem miejsca widzi nie włączenie, tylko ścianę.
Ta niespójność jest szczególnie dotkliwa, bo dotyczy dzieci, które nie mają politycznej siły przebicia. Rodzic może pisać pisma, dzwonić, prosić, konsultować, ale w starciu z systemem placówek i sądowo-edukacyjnych procedur jest słabszą stroną. Władza lubi mówić o dzieciach z troską. Prawdziwy test zaczyna się wtedy, gdy dziecko nie mieści się w gotowej tabeli.
Pierwsza technika, którą trzeba tu rozpoznać, to język opiekuńczy bez infrastruktury. Polega na tym, że instytucje mówią o wsparciu, edukacji włączającej i indywidualnych potrzebach, ale nie pokazują, ile jest miejsc, gdzie są placówki zdolne do pracy z konkretną grupą uczniów i jak rodzic ma przejść ścieżkę od diagnozy do realnej pomocy. Taki język działa uspokajająco na opinię publiczną, ale nie rozwiązuje problemu rodziny.
Druga technika to rozmywanie odpowiedzialności. W sprawach dzieci neuroróżnorodnych zawsze można wskazać wiele podmiotów: szkołę, poradnię, sąd, kuratora, powiat, placówkę, ministerstwo, ochronę zdrowia. Gdy odpowiedzialnych jest wielu, odpowiedzialny bywa nikt. RPD trafia w sedno, pytając o standardy, dostępność miejsc, rewalidację i koordynację. To są pytania, które wyciągają problem z mgły. Trzecia technika to odwrócenie winy. Gdy dziecko nie realizuje obowiązku szkolnego, najłatwiej spojrzeć na rodzica. Czy dopilnował? Czy współpracował? Czy złożył dokumenty? Tymczasem pismo RPD pokazuje odwrotną perspektywę: rodzic może wykonywać wszystkie zalecenia, a mimo to nie mieć gdzie umieścić dziecka. Wtedy oskarżanie rodziny staje się wygodnym parawanem dla niewydolności systemu.
Ta sprawa dotyczy nie tylko dzieci z ASD, ADHD, ADD, zespołem Tourette’a czy FAS. Dotyczy jakości państwa w kontakcie z obywatelami, którzy potrzebują więcej niż standardowej procedury. Dobre państwo nie sprawdza się na dziecku, które pasuje do formularza. Sprawdza się na dziecku, które wymaga dostosowania formularza do życia. Dla rodziców stawką jest codzienność: szkoła, terapia, bezpieczeństwo dziecka, praca zawodowa, stabilność rodziny i ryzyko formalnej odpowiedzialności. Dla dzieci stawką jest coś jeszcze ważniejszego: prawo do nauki, prawo do rozwoju i prawo do bycia potraktowanym nie jak problem do przesunięcia, ale jak osoba, której państwo ma realnie pomóc. Dla MEN to sprawa bardzo niewygodna, bo nie da się jej przykryć hasłem o reformie, podstawie programowej czy nowoczesnej szkole. Tu potrzebna jest twarda odpowiedź: ile placówek MOS faktycznie prowadzi rewalidację dla takich uczniów, ile miejsc jest dostępnych dla dziewcząt, jakie są standardy kwalifikowania, gdzie system ochrony zdrowia łączy się z edukacją i kto ponosi odpowiedzialność, gdy dziecko wypada z obu systemów naraz.
Po pierwsze, potrzebna jest pełna odpowiedź MEN na pismo RPD. Bez niej mamy poważny alarm, ale nie mamy jeszcze mapy działań naprawczych. Po drugie, trzeba uzyskać dane o liczbie MOS przygotowanych do pracy z uczniami z ASD, ADHD, ADD, zespołem Tourette’a i FAS oraz o liczbie miejsc, w tym miejsc dla dziewcząt i uczniów szkół ponadpodstawowych. Po trzecie, konieczne jest sprawdzenie, czy placówki mają obowiązek prowadzenia rewalidacji adekwatnej do orzeczeń i zaleceń, czy też w praktyce luka jest zasłaniana hasłem socjoterapii. Po czwarte, należy porównać praktyki powiatów: czy dziecko trafia tam, gdzie powinno, czy tam, gdzie akurat jest wolne łóżko lub miejsce w ewidencji. Po piąte, warto sprawdzić, dlaczego według RPD ministerstwo nie odpowiedziało na wcześniejsze pisma dotyczące dzieci z ADHD. Jeśli alarmy instytucji publicznej pozostają bez odpowiedzi, to mamy nie tylko problem placówek. Mamy problem reakcji władzy na ostrzeżenia.
Moim zdaniem to jeden z tych tematów, które pokazują prawdziwą jakość państwa lepiej niż wielkie konferencje. O edukacji włączającej łatwo mówić, gdy kamera patrzy na ministra, a slajd mieści się na ekranie. Trudniej ją zbudować, gdy piętnastoletnia dziewczynka ze spektrum autyzmu potrzebuje miejsca, którego system nie potrafi wskazać. Najcięższy element tej sprawy to nie sam brak miejsc. Braki można uzupełniać, jeśli państwo je uczciwie policzy. Najcięższe jest ryzyko moralnego odwrócenia winy: system nie daje realnej ścieżki, ale rodzic może ponieść konsekwencje za to, że tą ścieżką nie idzie. To jest administracyjny absurd w czystej postaci.

Jeżeli MEN potraktuje wystąpienie RPD jak kolejne pismo do segregatora, będzie to sygnał, że dzieci neuroróżnorodne nadal mają w Polsce prawo do pomocy głównie na poziomie deklaracji. A deklaracja bez miejsca, specjalisty i odpowiedzialnego urzędu jest tylko ładnym zdaniem, które nie odprowadzi dziecka do szkoły.
Sprawa może wymusić na MEN stworzenie rzeczywistej mapy MOS: nie tylko liczby placówek, ale ich faktycznych kompetencji, profilu, dostępności rewalidacji, miejsc dla dziewcząt i zdolności do pracy z uczniami neuroróżnorodnymi. Może też otworzyć debatę o tym, czy obecny podział między edukacją, ochroną zdrowia i sądami rodzinnymi nie tworzy dzieciom ścieżki donikąd.
Politycznie to temat niewygodny dla obecnej władzy, bo dotyczy obszaru, w którym koalicja rządząca lubi odwoływać się do języka praw, równości i wrażliwości społecznej. RPD pokazuje jednak, że wrażliwość musi mieć budżet, standard i termin odpowiedzi. Bez tego staje się dekoracją.
Państwo, które nie potrafi znaleźć dziecku miejsca, nie powinno zaczynać od pytania, co zrobił rodzic. Powinno zacząć od pytania, czego samo nie zbudowało.
Autor i redaktor Libra True
Czytaj również


Rzeka jako ściekowy alarm. NIK pokazuje, jak system ochrony Iny zobaczył problem i nie zatrzymał zanieczyszczeń.
Najwyższa Izba Kontroli opublikowała 10 czerwca 2026 r. wyniki kontroli ochrony rzeki Iny i jej dopływów. Najmocniejszy fakt jest prosty: w 2024 r. podmiot objęty postępowaniem miał ośmiokrotnie zrzucić do Iny ok. 55 tys. m3 mieszaniny nieoczyszczonych ścieków i wód opadowych. Ale prawdziwy problem jest większy niż jeden zrzut. Z raportu wyłania się państwo, które ma urzędy, pozwolenia, kontrole i postępowania, lecz reaguje za wolno, widzi za mało i zbyt często działa po fakcie.


SOP zamknął drzwi fotoreporterowi. NSA przypomniał, że bezpieczeństwo nie zwalnia państwa z kontroli.
RPO poinformował 10 czerwca 2026 r., że Naczelny Sąd Administracyjny uchylił postanowienie WSA w sprawie fotoreportera negatywnie zweryfikowanego przez Służbę Ochrony Państwa przed wydarzeniem w obiekcie Prezesa Rady Ministrów. WSA odrzucił skargę, uznając, że czynności sprawdzające SOP nie podlegają sądowej kontroli administracyjnej. NSA stwierdził jednak, że zrobiono to przedwcześnie. To sprawa o to, czy służba ochronna może realnie odciąć dziennikarza od pracy bez przejrzystej drogi zaskarżenia.


Państwo chce budować szybciej. Kontrola ma zdążyć w biegu.
Rządowy projekt UD262 ma dać państwu szybszą ścieżkę dla inwestycji uznanych za kluczowe. W tle są porty, drogi, kolej, ochrona przeciwpowodziowa, energetyka i bezpieczeństwo. Ale każda specustawa działa jak ostry nóż: może przeciąć węzeł procedur albo osłabić kontrolę, która chroni ludzi przed błędem w dokumentach, decyzjach i granicach ich własności.


Nie jedna wielka reforma, lecz dwanaście małych przełączników państwa.
Na 58. posiedzeniu Sejm pracuje nad pakietem ustaw, które nie tworzą jednej głośnej reformy, ale mogą mocno zmienić codzienne relacje obywatela z państwem. Status osoby najbliższej ma powiązać relację z notariuszem, rejestrem i skutkami w wielu ustawach. Projekt o prawach ucznia wprowadza rzeczników i katalog kar szkolnych. Metropolia pomorska przesuwa część decyzji o transporcie i planowaniu ponad poziom jednej gminy. Obok są PPK przez ZUS, e-TOLL, vouchery turystyczne, leczenie substytucyjne, ochrona zwierząt, doktoranci i żegluga. Sens jest jeden: prawo działa nie tylko wielkimi hasłami, ale terminem, wpisem, doręczeniem i procedurą.