Psychoonkolog bez pewności psychologa. RPO odsłania lukę, którą Ministerstwo Zdrowia musi zamknąć.
Rzecznik Praw Obywatelskich zwrócił się do minister zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy o doprecyzowanie zasad wykonywania zawodu psychoonkologią. Sedno nie jest akademickie: pacjent po diagnozie nowotworowej słyszy nazwę, która brzmi jak gwarancja wsparcia psychologicznego, ale regulacje nie dają pełnej jasności, czy za tą nazwą zawsze stoi przygotowanie psychologiczne. To luka, której państwo nie powinno zostawiać ludziom do odkrywania dopiero w chorobie.

Sprawa zaczęła się od wystąpienia Rzecznika Praw Obywatelskich. RPO Marcin Wiącek w piśmie do minister zdrowia wskazał problem z zawodem psychoonkologa: w systemie ochrony zdrowia ta funkcja istnieje, pojawia się w regulacjach dotyczących świadczeń szpitalnych, a jednocześnie nie została jasno domknięta w relacji do nowej ustawy o zawodzie psychologa oraz samorządzie zawodowym psychologów. To nie jest spór środowiskowy o prestiż nazwy. To pytanie, czy człowiek w jednym z najtrudniejszych momentów życia może ufać, że państwowa etykieta usługi oznacza realny, kontrolowany standard kwalifikacji.
RPO przypomina, że psychoonkolog udziela wsparcia pacjentom onkologicznym, osobom po chorobie nowotworowej, ich rodzinom i otoczeniu. W praktyce chodzi o pracę z lękiem, szokiem po diagnozie, reakcją na leczenie, kryzysem rodzinnym i psychologicznym ciężarem choroby. Właśnie dlatego niejasność kwalifikacyjna jest tak poważna. Tam, gdzie pacjent jest najsłabszy, państwo powinno być najbardziej precyzyjne.
Po pierwsze, RPO opublikował 2 czerwca 2026 r. informację o wystąpieniu do minister zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy. W sprawie oznaczonej sygnaturą GK-GKOZP.100.4.2026 rzecznik poprosił resort o analizę i ewentualne doprecyzowanie przepisów dotyczących psychoonkologów. Po drugie, podstawą problemu jest zderzenie kilku elementów systemu: rozporządzenia Ministra Zdrowia o świadczeniach gwarantowanych z zakresu leczenia szpitalnego, klasyfikacji zawodów i specjalności oraz ustawy z 23 stycznia 2026 r. o zawodzie psychologa.
Po trzecie, RPO wskazuje wprost, że obecne regulacje dopuszczają wykonywanie zadań psychoonkologią zarówno przez osoby z wykształceniem psychologicznym, jak i przez osoby z wykształceniem medycznym. Rzecznik nie przesądza, że każda taka sytuacja oznacza złe świadczenie. Pokazuje jednak ryzyko: pacjent może otrzymać usługę o charakterze psychologicznym od osoby, której przygotowanie psychologiczne nie jest oczywiste na poziomie regulacji. W ochronie zdrowia taki brak jasności nie jest drobiazgiem technicznym.
Po czwarte, Zintegrowany Rejestr Kwalifikacji opisuje kwalifikację psychoonkologią jako obejmującą diagnozę i pomoc psychoonkologiczną osobom chorym, po chorobie, ich rodzinom i otoczeniu. Rejestr wskazuje poziom PRK/ERK 7, orientacyjny nakład pracy 600 godzin oraz warunki walidacji, m.in. psychologiczne wykształcenie magisterskie albo ukończenie studiów medycznych i specjalizację z psychiatrii.
Jednocześnie sam rejestr zaznacza, że uzyskanie certyfikatu kwalifikacji nie jest tożsame z uzyskaniem uprawnień zawodowych. To zdanie brzmi technicznie, ale w praktyce odsłania sedno: kwalifikacja, zawód, uprawnienie i prawo pacjenta do wiedzy nie są tym samym.

Mechanizm jest prosty i przez to niebezpieczny. Państwo najpierw wprowadza albo toleruje w systemie nazwę usługi, która dla obywatela brzmi jednoznacznie: psychoonkolog. Pacjent słyszy przedrostek "psycho" i naturalnie zakłada, że dostaje profesjonalne wsparcie psychologiczne w kontekście choroby nowotworowej. Następnie okazuje się, że regulacje nie mówią tak jasno, jak powinny, kto dokładnie może wykonywać takie świadczenia i jakie przygotowanie musi mieć. Na końcu odpowiedzialność rozpływa się między rozporządzeniem, klasyfikacją zawodów, ustawą o psychologach, praktyką podmiotów leczniczych i kontraktowaniem świadczeń.
W takim układzie obywatel jest najsłabszym ogniwem. Nie ma obowiązku znać niuansów między zawodem, kwalifikacją rynkową, specjalizacją lekarską, psychologią kliniczną i świadczeniem gwarantowanym. Nie powinien też w chwili choroby prowadzić własnego audytu kadrowego szpitala. To państwo ma tak opisać standard, aby pacjent wiedział, czy rozmawia z psychologiem, psychiatrą, lekarzem z określoną kompetencją, czy specjalistą o innym profilu przygotowania.
Patologia tego typu nie musi polegać na złej woli konkretnej osoby. Może być skutkiem wygodnej administracyjnej mgły. Nazwa działa uspokajająco, system działa wystarczająco, instytucje nie palą się do konfliktu kompetencyjnego, a pacjent dowiaduje się najmniej. Z punktu widzenia państwa prawa to właśnie jest problem: odpowiedzialność nie znika wtedy, gdy nikt nie krzyczy. Ona tylko trudniej daje się przypisać.
Adresatem wystąpienia RPO jest minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda. To ważne, bo sprawa nie dotyczy wyłącznie środowiska zawodowego. Minister zdrowia odpowiada za politykę państwa w zakresie ochrony zdrowia, przygotowywanie projektów aktów normatywnych oraz nadzór nad Narodowym Funduszem Zdrowia. Jeśli w świadczeniach finansowanych lub organizowanych w publicznym systemie pojawia się kwalifikacyjna niejasność, resort nie może sprowadzić jej do prywatnego sporu ekspertów.
Polityczna odpowiedzialność obecnej władzy polega tu na czymś bardzo konkretnym: po uchwaleniu nowej ustawy o zawodzie psychologa trzeba sprawdzić, czy przepisy wykonawcze w ochronie zdrowia nie zostały w tyle. Reforma na konferencji może brzmieć porządkująco, ale prawdziwy test zaczyna się w miejscach, gdzie stare rozporządzenia spotykają się z realnym pacjentem. Jeżeli ministerstwo tego nie zrobi, porządek prawny pozostanie porządkiem na papierze.
Onkologia to nie tylko procedura medyczna, wynik badania i schemat leczenia. To także strach przed śmiercią, utrata kontroli, napięcia rodzinne, decyzje o terapii, praca z bólem i zmęczeniem. Dlatego wsparcie psychologiczne nie jest dodatkiem do systemu, który można opisać niechlujnie. Jest częścią bezpieczeństwa pacjenta.
Jeżeli państwo dopuszcza do sytuacji, w której nazwa stanowiska sugeruje kompetencję psychologiczną, ale regulacja nie zamyka standardu w sposób czytelny, powstaje ryzyko nierówności. Jeden pacjent trafi na osobę z pełnym przygotowaniem psychologicznym i doświadczeniem onkologicznym. Inny może trafić na osobę o innym profilu zawodowym, której kompetencje są opisane mniej jednoznacznie. Formalnie obaj otrzymają podobnie brzmiące świadczenie. Realnie mogą otrzymać coś innego.
To także problem zaufania. Publiczny system ochrony zdrowia i tak pracuje na granicy cierpliwości obywateli. Kolejki, limity, brak personelu i przeciążone oddziały wystarczająco niszczą poczucie bezpieczeństwa. Jeżeli do tego dochodzi niejasność, kto właściwie udziela pomocy psychologicznej pacjentowi onkologicznemu, państwo samo podcina gałąź, na której siedzi jego wiarygodność.
W takich sprawach władza często chowa się za językiem procedur. Mówi się o świadczeniach, kwalifikacjach, walidacji, klasyfikacji i dostosowaniu regulacji. Wszystkie te słowa są potrzebne, ale mają jedną wadę: potrafią zasłonić człowieka. Pacjent nie pyta, czy jego rozmówca mieści się w rubryce rozporządzenia. Pyta, czy może mu zaufać.
Mechanizm komunikacyjny polega więc na rozmyciu odpowiedzialności przez techniczny język. Nie trzeba twierdzić, że jest to celowa manipulacja. Wystarczy zauważyć, że skutkiem jest zmniejszenie presji na ministerstwo. Zamiast pytania: "czy pacjent ma gwarancję właściwego wsparcia?", pojawia się pytanie: "czy akty prawne wymagają harmonizacji?". To drugie brzmi spokojniej. Ale pierwsze jest uczciwsze.
Po pierwsze, potrzebna jest odpowiedź Ministerstwa Zdrowia na pismo RPO: czy resort uznaje lukę i czy planuje zmianę rozporządzenia. Po drugie, trzeba sprawdzić, jak Narodowy Fundusz Zdrowia i podmioty lecznicze w praktyce weryfikują kwalifikacje osób wykonujących zadania psychoonkologiczne. Po trzecie, warto ustalić, ilu świadczeniodawców korzysta z tak opisanej kadry i czy pacjenci otrzymują jasną informację o kwalifikacjach osoby udzielającej wsparcia.
Po czwarte, należy porównać aktualne przepisy wykonawcze z ustawą o zawodzie psychologa, w tym z datami wejścia w życie poszczególnych rozwiązań. Ustawa jest już ogłoszona w Dzienniku Ustaw, ale zasadnicza część jej przepisów ma odroczony termin wejścia w życie. To nie zwalnia resortu z przygotowania systemu. Przeciwnie: daje czas, którego nie wolno zmarnować.
Moim zdaniem ta sprawa pokazuje jeden z najbardziej irytujących grzechów administracji: państwo potrafi nazwać usługę, wpisać ją do systemu i stworzyć wokół niej formalny opis, ale zbyt późno zadaje pytanie, czy obywatel rozumie, co rzeczywiście dostaje. W ochronie zdrowia taka opieszałość ma wyższą cenę niż w zwykłym urzędowym formularzu.
Nie chodzi o to, by z góry podważać kompetencje wszystkich osób wykonujących zadania psychoonkologiczne. Byłoby to niesprawiedliwe i nie wynikałoby z dokumentów. Chodzi o coś innego: państwo nie może budować zaufania na nazwie, której zakres musi potem tłumaczyć przypisami. Jeżeli pacjent w kryzysie ma sam rozpoznawać, czy "psychoonkolog" oznacza psychologa, psychiatrę, osobę z kwalifikacją cząstkową czy inną ścieżkę zawodową, to system przerzuca na niego ciężar, którego nie powinien nieść.
Władza lubi mówić o standardach. Tu ma okazję pokazać, czy standard oznacza realną ochronę człowieka, czy tylko poprawną nazwę w dokumencie. RPO nie rzucił oskarżenia. RPO postawił pytanie kontrolne. Teraz odpowiedź należy do ministerstwa.
Najbardziej oczywista konsekwencja to nowelizacja albo doprecyzowanie rozporządzenia dotyczącego świadczeń gwarantowanych. Resort może wskazać minimalne standardy kwalifikacji, sposób weryfikacji kompetencji oraz zasady informowania pacjenta. Może też uznać, że obecne przepisy wystarczają. Taka odpowiedź byłaby jednak politycznie ryzykowna, bo musiałaby wyjaśnić, dlaczego RPO myli się w ocenie potrzeby większej jasności.
Druga konsekwencja dotyczy całego rynku usług psychologicznych i okołopsychologicznych. Nowa ustawa o zawodzie psychologa porządkuje ważny obszar, ale jednocześnie odsłania miejsca, gdzie stare przepisy używają podobnych pojęć bez pełnej spójności. Psychoonkologia może być pierwszym widocznym testem. Jeżeli ministerstwo zareaguje poważnie, pacjenci zyskają większą przejrzystość. Jeżeli sprawa utknie, zostanie kolejny przykład reformy, która wygląda dobrze z daleka, a z bliska zostawia człowieka samego z pytaniami.
Państwo nie może wymagać od chorego na nowotwór, aby w gabinecie sam odróżniał nazwę usługi od realnej gwarancji kwalifikacji. Tam, gdzie zaczyna się lęk pacjenta, kończy się miejsce na regulacyjną mgłę.
Autor i redaktor Libra True
Czytaj również


Onkologia miała prowadzić pacjenta. Rząd poprawia system, który obciążył szpitale biurokracją.
Rada Ministrów przyjęła 26 maja projekt nowelizacji Krajowej Sieci Onkologicznej. To nie jest zwykłe odświeżenie przepisów: w rządowym opisie projektu zapisano, że po blisko roku od wdrożenia sieci ośrodki onkologiczne zgłaszały problemy wynikające z obciążeń administracyjnych i organizacyjnych. W kraju, w którym w 2023 r. odnotowano 192 922 nowe zachorowania na nowotwory złośliwe i 99 676 zgonów, taka korekta nie jest technikalią. To test, czy państwo potrafi naprawiać własne reformy, zanim biurokracja stanie między pacjentem a leczeniem.


Wojskowa Akademia Medyczna wraca na papierze. Testem nie będzie ustawa, tylko lekarze.
Sejmowy druk 2616 pokazuje, że projekt utworzenia Wojskowej Akademii Medycznej wszedł w ostatni techniczny etap po poprawkach Senatu. Rząd obiecuje odbudowę wojskowej medycyny, ale dokument bazowy zawiera twarde ostrzeżenie: na 1506 etatów lekarskich obsadzonych jest 888, a obsada ratowników medycznych wynosi 57 proc. Uczelnię można powołać od 1 lipca 2026 r.; kadr, których brakuje armii, nie da się uchwalić w tym samym tempie.


Szkoła rozdziela zdrowie od jednego sporu.
Ministerstwo Edukacji Narodowej kieruje do konsultacji pakiet rozporządzeń, który ma zrobić rzecz politycznie trudną i organizacyjnie bardzo konkretną: uczynić edukację zdrowotną obowiązkową, ale wydzielić z niej osobny, nieobowiązkowy moduł „edukacja zdrowotna - zdrowie seksualne”. To nie jest wyłącznie korekta planu lekcji. W projekcie widać próbę ustawienia szkoły między zdrowiem publicznym, prawem rodziców do informacji, potrzebami uczniów i sporem, który przez lata potrafił przykryć rozmowę o diecie, psychice, przemocy, higienie cyfrowej czy chorobach przewlekłych.


Niemal 8 tys. wizyt poza kolejką i 12 mln zł rachunku za przewlekłość. Dokumenty NIK pokazują skalę problemu.
W sprawach legalizacji pobytu nie trzeba było wymyślać systemu dwóch prędkości. On już działał. Według najnowszej kontroli NIK Dolnośląski Urząd Wojewódzki wypłacił w latach 2022-2024 ponad 12 mln zł kosztów zasądzonych za przewlekłość lub bezczynność, miał niemal 61 tys. zaległych spraw, a kontrolerzy wykryli prawie 8 tys. rezerwacji wizyt poza oficjalnym systemem kolejkowym. W tym samym czasie państwo nie tylko nie usunęło wieloletniego problemu, lecz także przez przepisy zawieszające bieg terminów ograniczało cudzoziemcom możliwość skutecznego ponaglania urzędów. To tak, jakby urząd najpierw ustawił jednych petentów przy bocznych drzwiach, potem kazał reszcie czekać miesiącami, a na końcu wyjął im z ręki zegarek, żeby trudniej było udowodnić spóźnienie.