Papier przyjął wszystko. Samorządowe dotacje, fikcyjni słuchacze i miliony poza kontrolą.
Prokuratura Regionalna w Łodzi poinformowała 27 kwietnia 2026 r. o kolejnym podejrzanym w śledztwie dotyczącym wyłudzania dotacji dla niepublicznych placówek oświatowych. W najnowszym komunikacie pada kwota 450 tys. zł prania pieniędzy, ale tło jest znacznie większe: według śledczych proceder miał dotyczyć co najmniej 140 mln zł publicznych dotacji przekazywanych przez gminy.

Łódź, gminne dotacje i słuchacze widmo. Prokuratura mówi o co najmniej 140 mln zł Prokuratura Regionalna w Łodzi poinformowała 27 kwietnia 2026 r., że 48-letni mężczyzna usłyszał zarzuty prania pieniędzy w kwocie 450 tys. zł. Według komunikatu pieniądze miały pochodzić z procederu wyłudzania dotacji przyznawanych przez gminy na niepubliczne placówki oświatowe.
To najnowsza odsłona sprawy, w której sama kwota z ostatniego komunikatu nie oddaje skali problemu. Prokuratura wskazuje bowiem, że wcześniej zarzuty przedstawiono 46 innym osobom, w tym dyrektorkom niepublicznych szkół z różnych części kraju, a wyłudzenia miały sięgać co najmniej 140 mln zł. Mechanizm opisany przez śledczych jest prosty w założeniu i groźny w skutkach.
Publiczne pieniądze trafiają do placówek na podstawie liczby wykazywanych słuchaczy. Jeżeli liczba słuchaczy zostaje sztucznie zawyżona, samorząd płaci za edukację, której w tej części może w ogóle nie być. W komunikatach prokuratury pojawia się katalog, który brzmi jak administracyjny absurd połączony z księgowym wytrychem: jako rzekomych słuchaczy placówki miały wykazywać osoby zmarłe, osoby przebywające od wielu lat poza granicami Polski oraz osoby, które faktycznie nie kontynuowały nauki. Innymi słowy, w papierach sala lekcyjna mogła być pełna. W realnym świecie część krzeseł mogła stać pusta. Wątek najnowszy dotyczy nie samego naliczania dotacji, ale dalszego obrotu pieniędzmi.
Według Prokuratury Regionalnej w Łodzi zatrzymany 48-latek, działając na polecenie prokuratora zatrzymany przez funkcjonariuszy KWP w Łodzi, miał za 450 tys. zł pochodzące z przestępczej działalności kupić luksusowy samochód. Auto miało być następnie faktycznie użytkowane przez 53-latka podejrzanego między innymi o kierowanie zorganizowaną grupą trudniącą się wyłudzaniem dotacji. Śledczy podali też, że mężczyzna przyznał się do zarzutów, a po przesłuchaniu zastosowano wobec niego poręczenie majątkowe, dozór Policji i zakaz opuszczania kraju. Podczas przeszukania zabezpieczono siedem telefonów komórkowych i laptopy, które mają trafić do szczegółowych ekspertyz.
Wcześniejszy komunikat tej samej prokuratury z 30 października 2025 r. pokazuje, że nie chodzi o pojedynczy fałszywy wniosek ani jedną placówkę. Wtedy zarzuty usłyszało 14 dyrektorek szkół z różnych części kraju. Czynności prowadzono na terenie dziesięciu województw, w tym łódzkiego, wielkopolskiego, małopolskiego, dolnośląskiego, lubuskiego, mazowieckiego, śląskiego, zachodniopomorskiego, pomorskiego i podlaskiego.
Prokuratura pisała o niepublicznych liceach, szkołach policealnych, podstawowych i gimnazjach dla dorosłych. Zarzuty dotyczyły lat 2017-2023, udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, poświadczania nieprawdy w dokumentach i wyłudzenia dotacji w łącznej kwocie co najmniej 39,5 mln zł. Łącznie w tamtej odsłonie wskazano 79 przestępstw. Dla samorządów kluczowe jest tu coś więcej niż sama odpowiedzialność karna podejrzanych. Dotacja oświatowa działa jak mechanizm zaufania: gmina ma zapłacić za realnego ucznia, realną naukę i realne koszty funkcjonowania placówki.
Gdy do systemu trafia fikcyjna lista słuchaczy, urząd może wyglądać jak kasjer, który wypłaca pieniądze na podstawie paragonu wydrukowanego na domowej drukarce. Formalnie dokument leży na biurku, ale prawdziwe pytanie brzmi, czy ktokolwiek sprawdził, co za nim stoi. To właśnie ten mechanizm ma największe znaczenie społeczne. Publiczne pieniądze na oświatę nie są abstrakcyjną pozycją w budżecie. To środki, które mogły finansować szkoły, nauczycieli, zajęcia i realnych uczniów.
Jeżeli według śledczych proceder obejmował co najmniej 140 mln zł, to mówimy o skali, przy której lokalna kontrola obecności, dokumentów i przepływu dotacji przestaje być nudną formalnością. Staje się zaporą przeciwko wyprowadzaniu pieniędzy spod szyldu edukacji. Potwierdzone jest, że Prokuratura Regionalna w Łodzi informuje o przedstawieniu zarzutów, o zabezpieczeniu sprzętu do ekspertyz, o zastosowanych środkach zapobiegawczych oraz o rozwojowym charakterze śledztwa.
Potwierdzone jest także, że prokuratura opisuje mechanizm wykazywania rzekomych słuchaczy i wskazuje kwotę co najmniej 140 mln zł. Nie jest natomiast potwierdzona prawomocna wina wszystkich osób występujących w sprawie. Na tym etapie obowiązuje domniemanie niewinności, a ustalenia procesowe będą podlegały dalszej weryfikacji. Sprawa wymaga teraz odpowiedzi nie tylko z sali sądowej, ale również z poziomu samorządowego nadzoru nad dotacjami.
Jeżeli pieniądze mogły płynąć za uczniami, których według śledczych w placówkach faktycznie nie było, to problem nie kończy się na nazwiskach podejrzanych. Dotyczy również tego, jak gminy sprawdzają dane, zanim przeleją środki. Bo w takim systemie najdroższa może okazać się nie sama dotacja, lecz urzędowa wiara w papier, który wyglądał wystarczająco poprawnie.
Autor i redaktor portalu Psi PatrOl 24.
Czytaj również


Uproszczenia w VAT czy nowa pułapka dla uczciwych firm? Rząd dopisuje odpowiedzialność za cudze zaległości.
Projekt VAT pokazuje znany mechanizm władzy: w jednym komunikacie rząd sprzedaje deregulację, a w tym samym pakiecie poszerza narzędzia, które mogą obciążyć uczciwego nabywcę skutkami cudzej nierzetelności podatkowej.


Kierowca za bramą. UOKiK sprawdza, czy Dino i przewoźnicy zamknęli ludziom rynek pracy.
Sednem sprawy jest podejrzenie, że pod hasłem porządku logistycznego mógł powstać system ograniczania konkurencji o pracownika, a więc mechanizm uderzający w wynagrodzenia, mobilność zawodową i elementarną równowagę między dużym biznesem a człowiekiem szukającym lepszej pracy.


Prostszy rachunek za prąd, trudniejszy rachunek za władzę. Deregulacja energetyki pod lupą.
Rządowy projekt deregulacji energetyki UDER92 obiecuje prostsze rachunki, mniej papieru i szybszą obsługę odbiorcy. W druku sejmowym 2578 widać jednak coś więcej niż kosmetykę: elektroniczna korespondencja ma stać się regułą dla nowych umów, taryfy ciepła mają dostać nowe mechanizmy kosztowe, a część relacji biznesowych w ciepłownictwie ma wypaść spod obowiązku koncesji albo zatwierdzania taryf przez URE.


Strefy miały ciągnąć rozwój. Rządowy raport pokazuje mniej kapitału, mniej etatów i mniej złudzeń.
Do Sejmu trafiła rządowa informacja o specjalnych strefach ekonomicznych za 2025 r. Dokument nie daje paliwa do triumfalnej opowieści o inwestycyjnym sukcesie: skumulowana wartość kapitału spadła o 2,87 mld zł, zatrudnienie zmniejszyło się o 12,2 tys. osób, a liczba nowych miejsc pracy skurczyła się o ponad 7,1 tys. etatów. To nie jest drobny przypis, lecz sygnał, że instrument chwalony jako filar rozwoju wyraźnie traci siłę.