Uproszczenia w VAT czy nowa pułapka dla uczciwych firm? Rząd dopisuje odpowiedzialność za cudze zaległości.
Projekt VAT pokazuje znany mechanizm władzy: w jednym komunikacie rząd sprzedaje deregulację, a w tym samym pakiecie poszerza narzędzia, które mogą obciążyć uczciwego nabywcę skutkami cudzej nierzetelności podatkowej.

Rada Ministrów przyjęła 2 czerwca 2026 r. projekt ustawy zmieniającej ustawę o podatku od towarów i usług oraz ustawę o zasadach ewidencji i identyfikacji podatników i płatników. Projekt został przedłożony przez Ministra Finansów i Gospodarki. W komunikacie KPRM podkreślono uproszczenia dla przedsiębiorców, ograniczenie części obowiązków administracyjnych, doprecyzowanie przepisów, rozwiązania wynikające z orzeczeń TSUE oraz wzmocnienie bezpieczeństwa systemu podatkowego.
Lista zmian jest szeroka. Projekt znosi obowiązek składania oddzielnej informacji o spisie z natury, rezygnuje z niektórych wykazani w JPK_VAT, likwiduje obowiązek zapłaty VAT w ciągu 14 dni przy zakupie środka transportu z innego państwa UE, wprowadza skład VAT dla międzynarodowego obrotu towarowego, umożliwia sprawdzenie statusu podatnika VAT do 5 lat wstecz i przewiduje e-odprawę TAX FREE. Są to elementy, które w normalnej komunikacji rządu łatwo pokazać jako uporządkowanie systemu.
Obok tego pojawia się jednak część uszczelniająca. KPRM pisze o rozszerzeniu odpowiedzialności nabywców za zaległości podatkowe nierzetelnych sprzedawców w określonych przypadkach. W materiałach konsultacyjnych i analizach projektu UD314 widać, że sprawa dotyczy m.in. odpowiedzialności solidarnej przy usługach wymienionych w załączniku nr 15 oraz przy wybranych usługach niematerialnych, takich jak usługi doradcze, zarządcze, rachunkowo-księgowe, reklamowe czy badawcze. To już nie jest porządek w rubryce. To jest pytanie, jak daleko państwo może oczekiwać od przedsiębiorcy, że stanie się prywatnym kontrolerem swoich kontrahentów.
Politycznie za projekt odpowiada rząd, a resortowo Minister Finansów i Gospodarki. Administracyjnie rdzeń sprawy dotyczy Ministerstwa Finansów, Krajowej Administracji Skarbowej i organów podatkowych, które później będą stosować przepisy. Po stronie konsultacyjnej pojawiła się Komisja Wspólna Rządu i Samorządu Terytorialnego oraz Unia Metropolii Polskich, która zgłaszała zastrzeżenia dotyczące zastosowania rozszerzonej odpowiedzialności solidarnej wobec jednostek samorządu terytorialnego.
Nie ma podstaw, by pisać, że projekt jest wymierzony w uczciwych przedsiębiorców. Jest natomiast podstawa, by powiedzieć coś innego: projekt może przenieść na uczciwych uczestników obrotu większy ciężar dowodowy i organizacyjny. Jeżeli państwo walczy z pustymi fakturami, fikcyjnymi usługami i nadużyciami VAT, powinno robić to skutecznie. Ale skuteczność fiskusa nie może polegać na tym, że przedsiębiorca z ostrożności zaczyna zbierać dokumentację jak podejrzany, zanim ktokolwiek zarzuci mu nieuczciwość.
Po pierwsze, projekt został przyjęty przez Radę Ministrów 2 czerwca 2026 r. Po drugie, KPRM wprost wskazuje dwa nurty zmian: uproszczenia i wzmocnienie ochrony systemu podatkowego. Po trzecie, w komunikacie rządowym pojawia się rozszerzenie odpowiedzialności nabywców za zaległości podatkowe nierzetelnych sprzedawców. Po czwarte, z relacji z posiedzenia Zespołu ds. Systemu Finansów Publicznych KWRiST wynika, że samorządowcy zgłosili uwagi do rozszerzonej odpowiedzialności solidarnej dotyczącej usług niematerialnych, postulując m.in. wyłączenie JST i ich związków albo wprowadzenie progu wartościowego. Uwagi te nie zostały uwzględnione.
Po piąte, resort tłumaczył potrzebę regulacji sygnałami od służb kontrolnych o nadużyciach właśnie w tych obszarach. To jest ważny fakt, bo pokazuje, że rząd nie ukrywa motywacji uszczelniającej. Problem nie polega na tym, że fiskus chce reagować na nadużycia. Problem polega na tym, że mechanizm ma działać w realnym obrocie gospodarczym, gdzie usługi niematerialne są trudne do udowodnienia, opisania i wyceny, a linia między normalnym doradztwem, marketingiem, badaniem rynku, usługą IT albo usługą zarządczą a fakturą fikcyjną bywa przedmiotem wieloletnich sporów.
Niespójność leży w ramie komunikacyjnej. Rząd pokazuje projekt jako pakiet ułatwień dla przedsiębiorców. I częściowo ma rację. Likwidacja zbędnych obowiązków, możliwość sprawdzenia statusu VAT wstecz, ujednolicenia czy skład VAT mogą faktycznie uprościć życie firmom. Ale w tym samym dokumencie znajduje się rozwiązanie, które może zwiększyć ryzyko po stronie nabywców. Obywatel i przedsiębiorca dostają więc komunikat w stylu: zdejmujemy wam kilka obowiązków, ale przy okazji dokładamy odpowiedzialność za obszar, którego sami nie potrafimy w pełni skontrolować bez angażowania waszej ostrożności.
To nie jest tylko różnica tonu. To jest różnica filozofii. Deregulacja zakłada, że państwo zmniejsza ciężar administracyjny. Rozszerzona odpowiedzialność solidarna zakłada, że podatnik musi uważać nie tylko na własne rozliczenia, ale także na ryzyko nierzetelności kontrahenta. W praktyce może to oznaczać więcej procedur wewnętrznych, więcej check-list, więcej potwierdzeń wykonania usług, więcej dokumentowania racjonalności ceny, więcej nieufności wobec małych dostawców. Państwo może powiedzieć: to tylko w określonych przypadkach. Przedsiębiorca odpowie: każdy niejasny przypadek muszę obsłużyć tak, jakby jutro przyszedł kontroler.
Mechanizm jest prosty i politycznie wygodny. Najpierw projekt otrzymuje opakowanie deregulacyjne. W komunikacie pojawiają się słowa o uproszczeniach, ograniczaniu obowiązków, dostosowaniu do orzecznictwa unijnego i cyfryzacji. To jest warstwa bezpieczna wizerunkowo. Następnie w tym samym pakiecie umieszcza się narzędzia uszczelniające, które mają odpowiedzieć na realne problemy: puste faktury, fikcyjne usługi, nierzetelnych sprzedawców i nadużycia w VAT. Władza zyskuje dwie opowieści naraz: pomaga przedsiębiorcom i broni budżetu przed oszustami.
Problem zaczyna się na trzecim kroku. Jeżeli państwo rozszerza odpowiedzialność nabywcy, to odpowiedzialność za ryzyko obrotu zostaje przesunięta. Fiskus nie ściga wyłącznie podmiotu, który nie zapłacił podatku albo wystawił nierzetelną fakturę. Może zainteresować się także tym, kto kupił usługę lub towar, jeżeli uzna, że nabywca wiedział albo miał uzasadnione podstawy, by przypuszczać, że podatek nie zostanie rozliczony. Ta formuła brzmi racjonalnie przy oczywistych nadużyciach. Ale w usługach niematerialnych jej ostrość zależy od praktyki organów: co jest wystarczającym dowodem wykonania usługi, co-jest rynkową ceną, co jest należytą starannością, ile dokumentów ma mieć mała firma, aby po latach obronić zwykłą transakcję?
Właśnie dlatego ten projekt trzeba czytać nie tylko jako ustawę podatkową, ale jako opowieść o zaufaniu państwa do podatnika. Państwo mówi: chcę uprościć. Jednocześnie mówi: nie ufam obrotowi gospodarczemu, więc rozszerzam odpowiedzialność na kolejnych uczestników. Ten mechanizm może być uzasadniony w walce z oszustwami. Może też stać się kolejnym przykładem administracyjnej logiki, w której uczciwy podmiot płaci kosztem czasu, procedur i lęku za to, że państwo nie potrafi szybciej i precyzyjniej uderzać w nieuczciwych.
Dla zwykłego obywatela VAT często brzmi jak techniczny język księgowych. To błąd. VAT jest jednym z najważniejszych źródeł dochodów państwa, a każda zmiana w jego poborze wpływa na ceny, płynność firm, koszty usług i bezpieczeństwo budżetu. Jeżeli fiskus skutecznie ogranicza oszustwa, zyskuje państwo i uczciwi podatnicy. Jeżeli jednak robi to narzędziami zbyt szerokimi, rośnie koszt ostrożności, który ostatecznie i tak trafia do ceny produktu lub usługi.
Dla przedsiębiorcy najważniejsze jest co innego: przewidywalność. Firma może dostosować się do trudnych przepisów, jeśli są jasne. Gorzej, gdy ryzyko zależy od późniejszej oceny organu, czy nabywca powinien był coś podejrzewać. Przy usługach niematerialnych to szczególnie wrażliwe. Raport marketingowy, usługa doradcza, kampania reklamowa, prace rozwojowe, usługa IT, obsługa biurowa - wszystko to można wykonać realnie, ale wszystko to bywa również używane w schematach fikcyjnego fakturowania. Jeżeli prawo nie rozdzieli tych światów precyzyjnie, uczciwe firmy zaczną działać pod presją podejrzenia.
W narracji rządu widać klasyczną technikę pakietowania. Projekt nie jest sprzedawany jako zaostrzenie odpowiedzialności podatników, tylko jako szeroki pakiet zmian: trochę uproszczeń, trochę doprecyzowań, trochę wdrożenia wyroków TSUE, trochę cyfryzacji, trochę uszczelnienia. Taka konstrukcja osłabia opór. Trudno krytykować całość, bo wiele elementów jest rozsądnych. Trudno też skupić uwagę opinii publicznej na jednym spornym fragmencie, bo cały pakiet brzmi technicznie i pozornie nudno.
Drugą techniką jest język ochrony interesów państwa. To również silna rama. Kto sprzeciwia się uszczelnianiu VAT, łatwo może zostać przedstawiony jako ktoś, kto nie rozumie skali oszustw podatkowych. Tymczasem poważna krytyka nie polega na obronie oszustów. Polega na pytaniu, czy narzędzia są proporcjonalne, czy nie stawiają uczciwego nabywcy w roli zastępczego organu kontroli i czy nie tworzą prawa, które po kilku latach będzie interpretowane szerzej, niż obiecywano w komunikacie.
Po pierwsze, trzeba sprawdzić finalny tekst projektu po przyjęciu przez Radę Ministrów i porównać go z wcześniejszymi wersjami RCL. KPMG wskazywało, że projekt był zmieniany, a niektóre rozwiązania zostały złagodzone lub usunięte. Dla publikacji kluczowe jest więc ustalenie, jakie dokładnie brzmienie przepisów trafi do Sejmu. Po drugie, trzeba sprawdzić katalog usług niematerialnych objętych odpowiedzialnością solidarną. Im szerszy katalog, tym większe ryzyko, że normalna działalność gospodarcza zostanie obudowana dodatkowymi procedurami dowodowymi. Po trzecie, trzeba sprawdzić, czy projekt przewiduje jasne bezpieczniki: kiedy nabywca nie ponosi odpowiedzialności, jakie działania należy uznać za należytą staranność, jak ma wyglądać dokumentowanie usługi, czy organ będzie musiał wykazać konkretną wiedzę albo racjonalne podstawy podejrzenia po stronie nabywcy.
Po czwarte, trzeba wrócić do uwag samorządowych. Skoro Unia Metropolii Polskich postulowała wyłączenie JST i ich związków albo próg wartościowy, a resort tych uwag nie uwzględnił, warto pytać, czy administracja centralna rozumie skalę i specyfikę zamówień publicznych w samorządach. Samorząd kupuje usługi, doradztwo, analizy, obsługę, projekty, ekspertyzy i technologie. Jeżeli każda taka relacja ma być obciążona nową warstwą ryzyka fiskalnego, skutkiem może być wolniejsze działanie instytucji, ostrożniejsze zamówienia i większa biurokracja.
Moim zdaniem ten projekt jest dobrym przykładem tego, jak państwo komunikuje władzę administracyjną w języku ulgi. Część zmian rzeczywiście wygląda jak porządkowanie systemu. Ale obywatel nie powinien dać się uśpić tytułom o uproszczeniach. W projektach podatkowych najważniejsze bywa to, co znajduje się w środku: definicje, przesłanki odpowiedzialności, wyjątki, bezpieczniki i praktyka dowodowa. Rząd ma prawo uszczelniać VAT. Ma nawet taki obowiązek, bo oszustwa podatkowe uderzają w uczciwych podatników i budżet państwa. Ale uczciwość legislacyjna wymaga powiedzenia wprost: ten projekt nie tylko ułatwia, lecz także zwiększa ryzyko po stronie nabywców w określonych transakcjach. Jeżeli władza boi się tego zdania, to znaczy, że sama rozumie, iż politycznie wygodniej sprzedać pakiet jako deregulację niż jako nową architekturę odpowiedzialności.
Najlepszy scenariusz jest taki: przepisy zostaną doprecyzowane, nadużycia na pustych fakturach zostaną ograniczone, uczciwi przedsiębiorcy otrzymają jasne standardy należytej staranności, a uproszczenia faktycznie zmniejszą codzienny ciężar administracyjny. Najgorszy scenariusz jest inny: firmy dostaną więcej ryzyka, księgowi więcej procedur, samorządy więcej ostrożności, a organy podatkowe kolejne narzędzie do wieloletnich sporów o to, czy usługa niematerialna była wystarczająco udokumentowana.
To będzie test nie tylko dla Ministerstwa Finansów, ale także dla Sejmu. Posłowie powinni pytać o konkret: jakie usługi, jakie progi, jakie wyjątki, jakie dowody, jaka ochrona uczciwego nabywcy, jaka odpowiedzialność organu za błędną ocenę. Bez tych pytań projekt będzie wyglądał jak typowa administracyjna mieszanka: trochę mniej papieru na wejściu, trochę więcej strachu na wyjściu.
Najbardziej niebezpieczne przepisy rzadko wchodzą z hukiem. Często przychodzą w pakiecie nazwanym uproszczeniem i dopiero po kontroli okazuje się, kto naprawdę dostał ulgę, a kto dostał cudzy rachunek.
Autor i redaktor portalu Psi PatrOl 24.
Czytaj również


Kierowca za bramą. UOKiK sprawdza, czy Dino i przewoźnicy zamknęli ludziom rynek pracy.
Sednem sprawy jest podejrzenie, że pod hasłem porządku logistycznego mógł powstać system ograniczania konkurencji o pracownika, a więc mechanizm uderzający w wynagrodzenia, mobilność zawodową i elementarną równowagę między dużym biznesem a człowiekiem szukającym lepszej pracy.


Prostszy rachunek za prąd, trudniejszy rachunek za władzę. Deregulacja energetyki pod lupą.
Rządowy projekt deregulacji energetyki UDER92 obiecuje prostsze rachunki, mniej papieru i szybszą obsługę odbiorcy. W druku sejmowym 2578 widać jednak coś więcej niż kosmetykę: elektroniczna korespondencja ma stać się regułą dla nowych umów, taryfy ciepła mają dostać nowe mechanizmy kosztowe, a część relacji biznesowych w ciepłownictwie ma wypaść spod obowiązku koncesji albo zatwierdzania taryf przez URE.


Strefy miały ciągnąć rozwój. Rządowy raport pokazuje mniej kapitału, mniej etatów i mniej złudzeń.
Do Sejmu trafiła rządowa informacja o specjalnych strefach ekonomicznych za 2025 r. Dokument nie daje paliwa do triumfalnej opowieści o inwestycyjnym sukcesie: skumulowana wartość kapitału spadła o 2,87 mld zł, zatrudnienie zmniejszyło się o 12,2 tys. osób, a liczba nowych miejsc pracy skurczyła się o ponad 7,1 tys. etatów. To nie jest drobny przypis, lecz sygnał, że instrument chwalony jako filar rozwoju wyraźnie traci siłę.


Osobiste Konta Inwestycyjne jako preferencja podatkowa i mechanizm przesuwania prywatnych oszczędności na rynek kapitałowy.
Rządowy druk 2580 obiecuje obywatelom nowe Osobiste Konta Inwestycyjne: zwolnienie do 100 tys. zł dla aktywów inwestycyjnych, 25 tys. zł dla oszczędnościowych i start od 2027 r. W komunikacie brzmi to jak powszechna ulga dla każdego. W projekcie widać jednak coś bardziej złożonego: państwo chce uruchomić prywatne portfele jako paliwo dla rynku kapitałowego.