Sąd szybciej, ale ciszej. Ustawa frankowa przenosi spór z sali rozpraw do procedury.
Projekt ustawy frankowej jest próbą awaryjnego odblokowania sądów. Według uzasadnienia od 2017 r. do końca I kwartału 2025 r. do sądów powszechnych wpłynęło 487 251 spraw frankowych, a w apelacjach sprawy te stanowiły 75 proc. pozostałości w repertorium ACa. Projekt przewiduje automatyczne wstrzymanie spłat po doręczeniu pozwu konsumenta, szersze posiedzenia niejawne, zeznania na piśmie, zdalnych świadków mimo sprzeciwu i zachęty do cofania spraw przez zwrot połowy opłaty. To nie jest prosta historia „banki kontra frankowicze”. To pytanie o państwo, które chce odzyskać sprawność sądów, ale musi uważać, żeby szybkość nie oznaczała procesu bez realnego wysłuchania.

Nie każda reforma sądów zaczyna się od wielkich haseł. Czasem zaczyna się od statystyki, która sama wygląda jak akt oskarżenia wobec systemu: setki tysięcy spraw, dziesiątki tysięcy apelacji, sądy okręgowe i apelacyjne zajęte jednym typem sporu tak mocno, że cierpią również ci, którzy z frankiem szwajcarskim nie mieli nigdy nic wspólnego.
Rządowy projekt ustawy frankowej, procedowany w Sejmie jako druk 1758, próbuje odpowiedzieć właśnie na ten problem. Nie zmienia materialnych zasad rozliczenia kredytu. Nie mówi sądowi, kto ma wygrać. Zmienia natomiast sposób prowadzenia spraw: automatyzuje wstrzymanie spłat po doręczeniu pozwu, rozszerza posiedzenia niejawne, dopuszcza zeznania na piśmie, pozwala przesłuchiwać świadków zdalnie mimo sprzeciwu, daje referendarzom część prostych decyzji i zachęca do cofania spraw zwrotem połowy opłaty.
Na 27 maja 2026 r. projekt nie jest jeszcze ustawą. Po drugim czytaniu na 58. posiedzeniu Sejmu został ponownie skierowany do komisji po zgłoszeniu poprawek. To ważne, bo w tej sprawie język musi być precyzyjny: nie opisujemy obowiązującego prawa, lecz projekt, który jest blisko politycznej decyzji, ale nadal jest w procesie legislacyjnym.
Liczby, które tłumaczą pośpiech. Uzasadnienie projektu pokazuje skalę. Od początku 2017 r. do końca I kwartału 2025 r. do sądów powszechnych wpłynęło 487 251 spraw frankowych oznaczonych symbolem 049cf. Załatwiono 291 508. Na koniec I kwartału 2025 r. w sądach apelacyjnych pozostawało 57 910 spraw frankowych w repertorium ACa, czyli 75 proc. wszystkich pozostałych tam spraw. W sądach okręgowych w I instancji sprawy frankowe stanowiły 130 438 z 298 458 spraw w repertorium C, a więc 44 proc.
To nie jest już tylko konflikt konsumenta z bankiem. To jest korek w sądownictwie. Projektodawca mówi wprost: sprawy frankowe wydłużają rozpoznawanie także innych spraw, niezależnie od ich przedmiotu. Innymi słowy, za wieloletni spór o kredyty płaci również ktoś czekający na rozstrzygnięcie zupełnie innej sprawy cywilnej.
Automat zamiast zabezpieczenia. Najsilniejszy mechanizm konsumencki znajduje się w art. 3 projektu po komisjach. Po doręczeniu pozwu bankowi obowiązek spełniania przez konsumenta świadczeń z umowy kredytu ma zostać wstrzymany z mocy prawa do prawomocnego zakończenia postępowania. Konsument nie musi już uzyskiwać osobnego zabezpieczenia, a bank nie może traktować niespłacania jako niewykonania umowy ani uruchamiać części negatywnych konsekwencji informacyjnych.
To rozwiązanie ma odciążyć sądy z masowych wniosków o zabezpieczenie. W praktyce jest to procesowy przełącznik: po doręczeniu pozwu skutek powstaje automatycznie. Dla frankowicza to ochrona przed dalszym płaceniem w czasie sporu. Dla banku to ryzyko, że sam fakt wejścia w proces zamraża strumień świadczeń. Dla sądu to mniej postanowień do wydania.
Reforma, która zamyka drzwi sali. Drugi filar projektu jest mniej widowiskowy, ale bardziej ustrojowo ciekawy. Sąd ma dostać szerszą możliwość rozpoznania sprawy na posiedzeniu niejawnym nawet wtedy, gdy strona chce być wysłuchana na rozprawie. W pierwszej instancji przewodniczący musi wskazać zasadnicze powody i dać stronom czas na pisma. W drugiej instancji sąd także może rozpoznać sprawę bez rozprawy mimo wniosku strony.
Do tego dochodzą zeznania na piśmie i zdalne przesłuchiwanie świadków mimo sprzeciwu. W założeniu ma to sens: skoro większość problemów prawnych jest już opisana w orzecznictwie TSUE i Sądu Najwyższego, sądy nie muszą za każdym razem odtwarzać całego rytuału rozprawy. Problem polega na tym, że dla obywatela rozprawa nie jest rytuałem. Jest momentem, w którym może zobaczyć państwo, zostać wysłuchany i odpowiedzieć na cudze twierdzenia nie tylko przez pełnomocnika i pismo procesowe.
Tu leży najważniejsze napięcie projektu. Sprawność jest wartością konstytucyjną, ale nie jest jedyną. Prawo do rozpoznania sprawy w rozsądnym terminie trzeba pogodzić z prawem do realnego udziału w postępowaniu. Ustawa frankowa idzie w stronę modelu, w którym sąd ma mniej słuchać na żywo, a więcej czytać, porównywać i rozstrzygać. To może być skuteczne. Ale skuteczność proceduralna nie może stać się elegancką nazwą dla milczącego procesu.
Jedna sprawa zamiast kilku. Projekt próbuje też ograniczyć namnażanie sporów. Pozwala na powództwo wzajemne do końca postępowania przed sądem pierwszej instancji, a przy posiedzeniu niejawnym do wydania wyroku. Reguluje zarzut potrącenia i koszty w sytuacji, gdy potrącenie prowadzi do oddalenia części roszczenia albo cofnięcia pozwu. Logika jest prosta: jeżeli bank i konsument mają się rozliczyć, system woli jedno postępowanie zamiast kolejnych pozwów, apelacji i kasacji.
Do tego dochodzi zachęta finansowa: zwrot połowy opłaty od pozwu, apelacji albo skargi kasacyjnej, jeżeli cofnięcie nastąpi w ciągu sześciu miesięcy od wejścia ustawy w życie. Państwo nie tylko usprawnia procedurę, ale także próbuje kupić wyjście z kolejki. To nie musi być zarzut. W przeciążonym systemie ugoda i cofnięcie sprawy są realnym narzędziem odblokowania sądów. Trzeba tylko uważać, by presja na statystykę nie stała się presją na stronę słabszą.
Pytanie nie brzmi: bank czy frankowicz. Najgorszy sposób opowiedzenia tej ustawy to stary, wygodny podział: banki kontra frankowicze. Ten konflikt oczywiście istnieje, ale projekt dotyczy czegoś szerszego. Dotyczy państwa, które przez lata nie potrafiło systemowo obsłużyć skutków masowych umów, masowych pozwów i masowego orzecznictwa. Dziś próbuje naprawić to procedurą specjalną.
Taka procedura może być potrzebna. Liczby są zbyt duże, by udawać, że zwykłe zarządzanie sądami wystarczy. Ale każda ustawa specjalna ma swoją cenę. Tu ceną jest przesunięcie ciężaru z rozprawy na akta, z jawnego wysłuchania na pisemne zeznania, z pełnego trybu na szybki filtr. To nie musi być niekonstytucyjne. To musi być pilnowane.
Bo sąd szybki, ale niesłyszący, nie rozwiązuje problemu zaufania do państwa. A sąd słyszący, ale wieloletni, przestaje być realną ochroną praw. Ustawa frankowa próbuje przejść między tymi dwoma porażkami. Jej skuteczność będzie zależała nie od tego, ile spraw zniknie z tabel, lecz od tego, czy strony nadal będą miały poczucie, że ich sprawa została naprawdę rozpoznana, a nie tylko administracyjnie przetworzona.
Autor i redaktor Libra True
Czytaj również


Ponad 9 tys. zł za auto zatrzymane w Niemczech. Dopiero RPO zatrzymał karę z automatu.
Obywatel dostał ponad 9 tys. zł opłaty karnej za brak OC, choć z dokumentów opisanych przez RPO wynikało, że samochód został zatrzymany przez niemieckie służby, odholowany, a następnie sprzedany na pokrycie kosztów przechowywania. UFG zamknął sprawę dopiero po interwencji Rzecznika Praw Obywatelskich i dodatkowym zapytaniu do sądu. To nie jest tylko historia o jednej karze. To opowieść o państwowym automacie, który potrafi działać szybciej niż zdrowy rozsądek.


Kiedy obywatel pyta anonimowo, państwo zaczyna pytać o obywatela Po wyroku NSA w sprawie GITD stawką nie jest jeden fotoradar, lecz granica między bezpieczeństwem publicznym a prawem do cichej kontroli władzy.
Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargę kasacyjną Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie anonimowego wniosku o informację publiczną skierowanego do Głównego Inspektora Transportu Drogowego. Sprawa dotyczyła danych o funkcjonowaniu fotoradaru, ale jej znaczenie jest znacznie szersze: chodzi o to, czy obywatel, dziennikarz, sygnalista albo osadzony może pytać państwo bez natychmiastowego ujawniania własnej tożsamości.


RPO wskazuje na spóźnione i niepełne odpowiedzi Straży Granicznej w sprawie deportacji 3 obywateli Afganistanu z 10 kwietnia 2026 r.
Rzecznik Praw Obywatelskich opisał sprawę, w której czas był nie dodatkiem, lecz istotą kontroli państwa. Przed deportacją obywateli Afganistanu RPO pytał Straż Graniczną o listę osób, pełnomocników i udział organizacji monitorujących, ale część informacji miała trafić do Biura dopiero po fakcie. MSWiA odpowiada, że działania rządu odbywały się w granicach prawa, lecz samo przyznaje, że sposób komunikacji SG z RPO mógł budzić zastrzeżenia.


Dane obywatela w rękach państwa. RPO i PUODO pokazują lukę, której rząd nie może zamiatać analizą.
RPO 8 czerwca 2026 r. poparł PUODO w sprawie zmian w ustawie wdrażającej unijną dyrektywę policyjną. Problem jest poważniejszy niż techniczna korekta: chodzi o dane przetwarzane przez organy ścigania, sądy, prokuraturę i służby, a także o wyłączenia, które mogą odbierać obywatelowi realną kontrolę nad własnymi informacjami. Ministerstwo Sprawiedliwości przyznało, że część analiz potwierdza luki i wątpliwości. Teraz odpowiedzialność polityczna jest prosta: MSWiA musi pokazać, czy naprawia system, czy tylko go opisuje.