Pozew jako kaganiec. Ustawa anty-SLAPP ma rozbroić procesy pisane po to, żeby uciszać.
Pozew może być narzędziem ochrony prawa. Może też być narzędziem presji. Ustawa anty-SLAPP ma pomóc sądom odróżniać jedno od drugiego. Projekt po Senacie przewiduje kaucję na koszty procesu, szybsze oddalenie oczywiście bezzasadnych pozwów, grzywny do 20-krotności, a w szczególnych przypadkach do 100-krotności minimalnego wynagrodzenia, pełniejszy zwrot kosztów zastępstwa procesowego i udział organizacji społecznych. Najważniejsze: ustawa nie daje immunitetu za słowo. Ma chronić debatę publiczną przed procesem użytym jak broń kosztów, czasu i strachu. Na 27 maja 2026 r. sejmowa komisja rekomenduje przyjęcie wszystkich poprawek Senatu, ale nie należy jeszcze pisać, że ustawa obowiązuje.

Nie każdy pozew przeciw dziennikarzowi jest zamachem na wolność słowa. Nie każda przegrana debata publiczna daje prawo do zasłaniania się demokracją. Właśnie dlatego ustawa anty-SLAPP jest ciekawa: nie obiecuje bezkarności za słowa, tylko próbuje uchwycić moment, w którym sąd przestaje być miejscem rozstrzygania sporu, a zaczyna być narzędziem nacisku.
Polska jest o krok od przyjęcia przepisów, które mają chronić osoby uczestniczące w debacie publicznej przed pozwami oczywiście bezzasadnymi albo stanowiącymi nadużycie procesu. Sejm uchwalił ustawę 15 maja 2026 r. Senat 21 maja wprowadził cztery poprawki. 27 maja sejmowa Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka zarekomendowała przyjęcie wszystkich. To ważny status: ustawa jest bardzo blisko końca ścieżki parlamentarnej, ale na moment tej analizy nie należy jeszcze pisać, że obowiązuje.
Nie immunitet, lecz kontrola nadużycia. W publicznej opowieści o SLAPP łatwo popaść w prosty schemat: silny pozywa słabego, więc silny jest winny. Ustawa jest bardziej subtelna. Nie zakłada, że każda krytyka jest prawdziwa, a każdy pozew represyjny. Zakłada natomiast, że procedura cywilna może zostać użyta nie po to, by dochodzić ochrony prawa, lecz po to, by obciążyć przeciwnika kosztami, stresem, czasem i ryzykiem.
To różnica zasadnicza. Prawo do ochrony dóbr osobistych zostaje. Odpowiedzialność za słowo zostaje. Zmienia się to, że sąd ma dostać instrumenty pozwalające wcześniej zapytać, czy pozew rzeczywiście broni naruszonego dobra, czy raczej produkuje efekt mrożący: milcz, bo kolejny artykuł, wystąpienie albo pytanie publiczne będzie kosztowało lata procesu.
Kaucja, czyli rachunek za presję. Pierwszym konkretnym narzędziem jest kaucja na koszty procesu. Pozwany może wnieść o zobowiązanie powoda do jej złożenia, jeśli uprawdopodobni, że powództwo zmierza wyłącznie lub głównie do stłumienia debaty publicznej albo szykanowania za udział w niej. Sąd ma rozpoznać taki wniosek w ciągu dwóch tygodni. To brzmi technicznie, ale w praktyce może być najostrzejszym ostrzem ustawy. W modelowym SLAPP powód często ma więcej pieniędzy, więcej prawników i mniej do stracenia. Pozwany przegrywa już wtedy, gdy musi się bronić. Kaucja ma przerwać ten komfort. Jeżeli proces wygląda jak instrument presji, powód nie może bezkosztowo testować wytrzymałości drugiej strony.
Sąd ma patrzeć na schemat, nie tylko na pozew. Ustawa wprowadza katalog sygnałów ostrzegawczych. Sąd może brać pod uwagę m.in. nieproporcjonalne żądania, serię podobnych pozwów, zastraszanie, działania na zwłokę, wybór uciążliwego sądu, wymuszanie nieproporcjonalnych kosztów, wykorzystywanie przewagi finansowej lub politycznej oraz pozywanie osoby fizycznej zamiast organizacji, w której działa.
To ważne, bo SLAPP rzadko przychodzi z etykietą. Na papierze wygląda jak zwykły pozew o ochronę dóbr osobistych, zapłatę albo zakaz publikacji. Dopiero kontekst pokazuje, czy spór jest proporcjonalny. Czy żądanie ma związek z rzeczywistą krzywdą? Czy powód pozywa wielu krytyków za podobne wypowiedzi? Czy wybiera miejsce procesu tak, by pozwany musiał ponosić większe koszty? Czy celem jest korekta fałszu, czy demonstracja siły?
Trzy miesiące, które mogą zdecydować o sensie ustawy. Drugim mechanizmem jest wczesne oddalenie powództwa jako oczywiście bezzasadnego. Ustawa zakłada, że czynności powinny być prowadzone tak, aby takie oddalenie nastąpiło nie później niż w ciągu trzech miesięcy od wniesienia pozwu albo od wniosku pozwanego. To nie jest tylko termin organizacyjny. W sprawach SLAPP czas jest walutą. Im dłużej trwa proces, tym skuteczniejsze staje się samo jego istnienie.
Senat zaproponował poprawkę, która wzmacnia ten etap: po wniosku pozwanego powód ma wskazać okoliczności uzasadniające powództwo tak, aby sąd mógł ocenić, czy nie jest ono oczywiście bezzasadne. Innymi słowy, jeżeli pozwany mówi: to jest pozew uciszający, powód musi na wczesnym etapie pokazać, że jego sprawa ma realny fundament. Nie wystarczy rzucić ciężaru procesu i czekać, aż pozwany będzie się spod niego wygrzebywał.
Grzywna, publikacja i pełne koszty. Jeżeli sąd uzna antydebatowy charakter powództwa, może sięgnąć po sankcje. Grzywna może wynieść do 20-krotności minimalnego wynagrodzenia, a w szczególnie uzasadnionych przypadkach do 100-krotności. Według komunikatów Ministerstwa Sprawiedliwości oznaczałoby to w 2026 r. odpowiednio około 96 tys. zł oraz ponad 480 tys. zł.
Do tego dochodzi możliwość nakazania publikacji sentencji wyroku na koszt powoda oraz obowiązek zwrotu kosztów procesu, w tym zasadniczo pełnych kosztów zastępstwa procesowego, chyba że okażą się nadmierne. Ten zestaw ma sens tylko jako całość. Samo oddalenie pozwu po latach nie wystarcza, jeśli pozwany przez cały ten czas finansowo i psychicznie płacił za cudzą demonstrację siły.
Dobra ustawa będzie zależała od złych przykładów. Największy test zacznie się nie w Sejmie, lecz w sądach. Ustawa nie działa automatycznie. Wymaga od sędziów odwagi interpretacyjnej i dobrej znajomości mechanizmów debaty publicznej. Będzie trzeba rozróżniać sprawy, w których ktoś naprawdę broni swojego imienia, od spraw, w których pozew jest komunikatem: nie zadawaj więcej pytań.
RPO słusznie sygnalizował, że projekt nie rozwiązuje wszystkiego. Brakuje systemowego mechanizmu prewencyjnego. Nie przesądzono wprost szerszego problemu pozwów wytaczanych przez podmioty władzy publicznej. Tempo rozpoznawania spraw zależy od praktyki, a nie tylko od dobrych intencji zapisanych w ustawie. Ale mimo tych zastrzeżeń projekt wnosi rzecz realną: opisuje proces jako możliwe narzędzie represji proceduralnej i daje sądowi język, którym może to nazwać.
To może być najważniejsza zmiana. Bo w państwie prawa nie wystarczy, że obywatel formalnie może mówić. Musi jeszcze nie bać się, że za jedno pytanie o władzę, pieniądze publiczne, lokalny układ albo interes wpływowej instytucji dostanie proces, którego celem nie jest prawda, lecz zmęczenie. Ustawa anty-SLAPP nie kończy sporu o wolność słowa. Ona dopiero każe sądom zobaczyć, że czasem sam pozew jest już komunikatem władzy.
Autor i redaktor Libra True
Czytaj również


Ponad 9 tys. zł za auto zatrzymane w Niemczech. Dopiero RPO zatrzymał karę z automatu.
Obywatel dostał ponad 9 tys. zł opłaty karnej za brak OC, choć z dokumentów opisanych przez RPO wynikało, że samochód został zatrzymany przez niemieckie służby, odholowany, a następnie sprzedany na pokrycie kosztów przechowywania. UFG zamknął sprawę dopiero po interwencji Rzecznika Praw Obywatelskich i dodatkowym zapytaniu do sądu. To nie jest tylko historia o jednej karze. To opowieść o państwowym automacie, który potrafi działać szybciej niż zdrowy rozsądek.


Kiedy obywatel pyta anonimowo, państwo zaczyna pytać o obywatela Po wyroku NSA w sprawie GITD stawką nie jest jeden fotoradar, lecz granica między bezpieczeństwem publicznym a prawem do cichej kontroli władzy.
Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargę kasacyjną Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie anonimowego wniosku o informację publiczną skierowanego do Głównego Inspektora Transportu Drogowego. Sprawa dotyczyła danych o funkcjonowaniu fotoradaru, ale jej znaczenie jest znacznie szersze: chodzi o to, czy obywatel, dziennikarz, sygnalista albo osadzony może pytać państwo bez natychmiastowego ujawniania własnej tożsamości.


RPO wskazuje na spóźnione i niepełne odpowiedzi Straży Granicznej w sprawie deportacji 3 obywateli Afganistanu z 10 kwietnia 2026 r.
Rzecznik Praw Obywatelskich opisał sprawę, w której czas był nie dodatkiem, lecz istotą kontroli państwa. Przed deportacją obywateli Afganistanu RPO pytał Straż Graniczną o listę osób, pełnomocników i udział organizacji monitorujących, ale część informacji miała trafić do Biura dopiero po fakcie. MSWiA odpowiada, że działania rządu odbywały się w granicach prawa, lecz samo przyznaje, że sposób komunikacji SG z RPO mógł budzić zastrzeżenia.


Dane obywatela w rękach państwa. RPO i PUODO pokazują lukę, której rząd nie może zamiatać analizą.
RPO 8 czerwca 2026 r. poparł PUODO w sprawie zmian w ustawie wdrażającej unijną dyrektywę policyjną. Problem jest poważniejszy niż techniczna korekta: chodzi o dane przetwarzane przez organy ścigania, sądy, prokuraturę i służby, a także o wyłączenia, które mogą odbierać obywatelowi realną kontrolę nad własnymi informacjami. Ministerstwo Sprawiedliwości przyznało, że część analiz potwierdza luki i wątpliwości. Teraz odpowiedzialność polityczna jest prosta: MSWiA musi pokazać, czy naprawia system, czy tylko go opisuje.