Miał ratować firmę, śledczy mówią o milionach na prywatnym koncie
Komenda Główna Policji podała 21 maja, że 61-letni doradca restrukturyzacyjny, działający jako zarządca masy sanacyjnej krakowskiej firmy budowlanej, usłyszał zarzuty po tym, jak według śledczych miał przelać 4 mln zł na prywatne konto. Sprawa jest o tyle poważna, że podejrzany podczas wyjaśnień miał mówić o przelewach na łączną kwotę około 10 mln zł z innych spółek.

Zarządca od ratowania firmy podejrzany o wyprowadzenie milionów. Krakowska sprawa pokazuje słaby punkt sanacji Komenda Główna Policji podała 21 maja, że 61-letni doradca restrukturyzacyjny, działający jako zarządca masy sanacyjnej krakowskiej firmy budowlanej, usłyszał zarzuty po tym, jak według śledczych miał przelać 4 mln zł na prywatne konto.
Sprawa jest o tyle poważna, że podejrzany podczas wyjaśnień miał mówić o przelewach na łączną kwotę około 10 mln zł z innych spółek. Według komunikatu Policji, sprawę prowadzą policjanci Wydziału do Walki z Korupcją Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie pod nadzorem Prokuratury Regionalnej w Krakowie.
Zatrzymanie miało nastąpić 18 maja 2026 r. na jednej z ulic w Katowicach. Podejrzany został przewieziony do prokuratury, gdzie usłyszał zarzuty przekroczenia uprawnień w celu osiągnięcia korzyści majątkowej oraz przywłaszczenia mienia znacznej wartości. Sąd zastosował wobec niego tymczasowy areszt na 3 miesiące. Kluczowy jest status osoby, której dotyczy komunikat. Policja pisze o zarządcy masy sanacyjnej, a więc o kimś, kto w realiach postępowania restrukturyzacyjnego ma zajmować się majątkiem firmy po to, by chronić go przed chaosem, stratami i upadkiem.
W tej sprawie śledczy opisują jednak mechanizm odwrotny: zamiast ratowania majątku powierzonej firmy budowlanej, miało dojść do przekroczenia uprawnień i przelania 4 mln zł na prywatne konto podejrzanego. Zawiadomienie do Prokuratury Regionalnej w Krakowie złożono na początku marca 2026 r. Zrobił to zarządca masy sanacyjnej jednej z krakowskich firm budowlanych, wskazując na możliwość popełnienia przestępstwa przez swojego poprzednika.
To ważny element sprawy, bo nie zaczęła się ona od plotki ani medialnego wpisu, ale od formalnego zawiadomienia i czynności organów ścigania. Policja podaje, że badany okres obejmuje ostatni rok pełnienia funkcji przez 61-latka. Najmocniejszy fragment komunikatu dotyczy skali. Potwierdzona na poziomie zarzutów kwota to 4 mln zł z krakowskiej firmy budowlanej. Jednocześnie śledczy sprawdzają, czy podejrzany jako zarządca masy sanacyjnej także innych firm z Małopolski nie dopuścił się przywłaszczenia ich finansów.
Policja zaznacza, że podczas składania wyjaśnień podejrzany miał poinformować o przelewach na łączną kwotę około 10 mln zł z innych spółek. Ta część nie jest jeszcze rozstrzygnięciem, lecz kierunkiem weryfikacji postępowania. Mechanizm jest społecznie czytelny. Firma w sanacji to nie zwykły moment biznesowy, tylko stan awaryjny: ktoś próbuje ocalić miejsca pracy, kontrakty, wierzycieli i resztki płynności.
Zarządca ma być jak osoba wyznaczona do pilnowania kluczy podczas remontu po zalaniu. Jeżeli według śledczych właśnie ta osoba miała przekładać pieniądze na prywatne konto, problem nie kończy się na jednej firmie. Dotyka zaufania do całej procedury, która ma porządkować kryzys, a nie dokładać do niego kolejny rachunek. Na dziś potwierdzone są: zatrzymanie, zarzuty, tymczasowe aresztowanie, kwota 4 mln zł wskazana przez Policję oraz informacja o weryfikowanym wątku około 10 mln zł z innych spółek.
Nie ma prawomocnego wyroku, dlatego sprawę należy opisywać jako postępowanie przeciwko podejrzanemu, a nie jako przesądzoną winę. Do wyjaśnienia pozostaje, czy wskazane przez śledczych przelewy z innych firm rzeczywiście miały miejsce, jaka była ich pełna dokumentacja i czy uda się zabezpieczyć środki dla pokrzywdzonych podmiotów. Ta sprawa jest lokalna z adresu, ale systemowa z mechanizmu.
Jeżeli osoba publicznie umocowana do porządkowania majątku w sanacji sama staje się przedmiotem śledztwa o milionowe przywłaszczenie, to procedura ratunkowa zaczyna wyglądać jak sala operacyjna, w której trzeba sprawdzać nie tylko stan pacjenta, ale i kieszenie personelu. Dalsze ustalenia prokuratury pokażą, czy był to pojedynczy przypadek, czy sygnał większej luki w nadzorze nad zarządcami.
Autor i redaktor Libra True
Czytaj również


Ponad 9 tys. zł za auto zatrzymane w Niemczech. Dopiero RPO zatrzymał karę z automatu.
Obywatel dostał ponad 9 tys. zł opłaty karnej za brak OC, choć z dokumentów opisanych przez RPO wynikało, że samochód został zatrzymany przez niemieckie służby, odholowany, a następnie sprzedany na pokrycie kosztów przechowywania. UFG zamknął sprawę dopiero po interwencji Rzecznika Praw Obywatelskich i dodatkowym zapytaniu do sądu. To nie jest tylko historia o jednej karze. To opowieść o państwowym automacie, który potrafi działać szybciej niż zdrowy rozsądek.


Kiedy obywatel pyta anonimowo, państwo zaczyna pytać o obywatela Po wyroku NSA w sprawie GITD stawką nie jest jeden fotoradar, lecz granica między bezpieczeństwem publicznym a prawem do cichej kontroli władzy.
Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargę kasacyjną Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie anonimowego wniosku o informację publiczną skierowanego do Głównego Inspektora Transportu Drogowego. Sprawa dotyczyła danych o funkcjonowaniu fotoradaru, ale jej znaczenie jest znacznie szersze: chodzi o to, czy obywatel, dziennikarz, sygnalista albo osadzony może pytać państwo bez natychmiastowego ujawniania własnej tożsamości.


RPO wskazuje na spóźnione i niepełne odpowiedzi Straży Granicznej w sprawie deportacji 3 obywateli Afganistanu z 10 kwietnia 2026 r.
Rzecznik Praw Obywatelskich opisał sprawę, w której czas był nie dodatkiem, lecz istotą kontroli państwa. Przed deportacją obywateli Afganistanu RPO pytał Straż Graniczną o listę osób, pełnomocników i udział organizacji monitorujących, ale część informacji miała trafić do Biura dopiero po fakcie. MSWiA odpowiada, że działania rządu odbywały się w granicach prawa, lecz samo przyznaje, że sposób komunikacji SG z RPO mógł budzić zastrzeżenia.


Dane obywatela w rękach państwa. RPO i PUODO pokazują lukę, której rząd nie może zamiatać analizą.
RPO 8 czerwca 2026 r. poparł PUODO w sprawie zmian w ustawie wdrażającej unijną dyrektywę policyjną. Problem jest poważniejszy niż techniczna korekta: chodzi o dane przetwarzane przez organy ścigania, sądy, prokuraturę i służby, a także o wyłączenia, które mogą odbierać obywatelowi realną kontrolę nad własnymi informacjami. Ministerstwo Sprawiedliwości przyznało, że część analiz potwierdza luki i wątpliwości. Teraz odpowiedzialność polityczna jest prosta: MSWiA musi pokazać, czy naprawia system, czy tylko go opisuje.