KONIEC ERY NIEUCHWYTNYCH ALGORYTMÓW?
Rząd przyjął projekt ustawy o systemach sztucznej inteligencji i zapowiada koniec ery „nieuchwytnych algorytmów”. Ma powstać Komisja Rozwoju i Bezpieczeństwa Sztucznej Inteligencji, obywatele mają składać skargi, a niebezpieczne systemy mają znikać z rynku. To potrzebny kierunek. Ale najważniejsze pytanie brzmi: czy państwo naprawdę zbuduje skuteczny nadzór nad AI, czy tylko nazwie algorytmy problemem i powoła kolejny urząd.

FAKT. 31 marca 2026 r. Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o systemach sztucznej inteligencji. Ministerstwo Cyfryzacji opisało go mocnym hasłem o końcu ery nieuchwytnych algorytmów. KPRM wskazuje, że projekt ma wdrożyć unijny AI Act i stworzyć w Polsce pierwszy kompleksowy system nadzoru nad sztuczną inteligencją. Centralną rolę ma pełnić Komisja Rozwoju i Bezpieczeństwa Sztucznej Inteligencji. CO SIĘ WYDARZYŁO. Projekt trafił do Sejmu jako druk nr 2443. Zakłada powołanie organu, który będzie mógł sprawdzać zgodność systemów AI z wymaganiami, ograniczać ich używanie, wycofywać z rynku oraz rozpatrywać skargi obywateli. W skład komisji mają wchodzić przedstawiciele kilku instytucji publicznych, m.in. organów zajmujących się konkurencją, telekomunikacją, finansami i mediami. Rząd podkreśla także piaskownice regulacyjne oraz wsparcie innowacji. ANALIZA. Kierunek jest racjonalny. Algorytm może dziś wpływać na kredyt, rekrutację, ubezpieczenie, ocenę ryzyka, obsługę klienta, treści widoczne w sieci, a w administracji także na decyzje pośrednie i organizację pracy urzędów. Obywatel często nie wie, czy rozmawia z człowiekiem, z automatem, czy z człowiekiem wspieranym przez automat. Jeżeli państwo nie stworzy narzędzi kontroli, to technologia stanie się nową formą władzy bez twarzy. CO WYNIKA Z FAKTÓW. AI Act zakazuje najbardziej niebezpiecznych praktyk, w tym określonych form manipulacji, wykorzystywania słabości osób szczególnie wrażliwych czy systemów społecznej punktacji. Polski projekt ma zbudować krajowy mechanizm egzekwowania tych reguł. To ważne, bo unijne prawo bez krajowego organu i procedury skargi będzie dla obywatela zbyt odległe. Człowiek, którego dotknęła decyzja systemu AI, potrzebuje konkretnego adresu, terminu, procedury i odpowiedzi, a nie abstrakcyjnej pewności, że Bruksela coś uregulowała. GDZIE JEST NIESPÓJNOŚĆ. Rząd mówi o końcu nieuchwytnych algorytmów, ale sam projekt nie rozwiąże problemu zrozumiałości AI. Nazwa komisji, procedura skargi i katalog kar to dopiero rama. Najtrudniejsze pytania są praktyczne: czy komisja będzie miała ekspertów zdolnych badać modele, dane treningowe, ryzyko dyskryminacji i sposób działania systemów wysokiego ryzyka; czy obywatel zrozumie, dlaczego system go odrzucił; czy urząd nadzorczy będzie dość niezależny, by kontrolować także rozwiązania stosowane przez administrację publiczną. KTO JEST ODPOWIEDZIALNY. Politycznie odpowiada rząd i Ministerstwo Cyfryzacji, które przedstawia projekt jako przełom. Parlament odpowiada za dopisanie bezpieczników i precyzyjne ułożenie kompetencji. Przyszła komisja będzie odpowiadać za praktykę nadzoru. Ale odpowiedzialność poniosą także wszystkie instytucje publiczne, które będą używać systemów AI. Państwo nie może zbudować nadzoru nad algorytmami wyłącznie po to, by kontrolować rynek prywatny. Musi kontrolować również własne narzędzia. Eksperci i organizacje społeczne zwracają uwagę na ryzyka, które nie mieszczą się w prostym komunikacie o innowacji i bezpieczeństwie. Fundacja Panoptykon pisała o potrzebie doprecyzowania wyłączeń dotyczących służb, procedur skargowych i konfliktów interesów w nadzorze. Polskie Towarzystwo Informatyczne wskazywało, że kluczowe jest jasne wyznaczenie organów nadzoru dla systemów wysokiego ryzyka. Te uwagi nie obalają projektu. One pokazują, gdzie zaczyna się prawdziwa praca legislacyjna. DLACZEGO TO WAŻNE DLA OBYWATELA. AI nie jest futurystyczną zabawką. To narzędzie, które może klasyfikować ludzi szybciej niż człowiek i trudniej niż człowiek uzasadniać swoje rozstrzygnięcia. Jeżeli system popełni błąd, obywatel musi wiedzieć, kto za niego odpowiada. Nie wystarczy informacja, że decyzja była wspierana technologią. Potrzebne jest prawo do wyjaśnienia, skargi, korekty i realnej kontroli. Inaczej cyfrowe państwo będzie mówiło ludzkim językiem na stronie internetowej, ale działało algorytmiczną logiką za zamkniętymi drzwiami. SZERSZY KONTEKST. Rządy lubią opowiadać technologię jako obietnicę modernizacji. AI ma być szybka, oszczędna, innowacyjna i bezpieczna. To część prawdy. Druga część jest mniej wygodna: automatyzacja może utrwalać błędy, wzmacniać nierówności, ukrywać odpowiedzialność i dawać administracji pozór obiektywizmu. Im bardziej państwo chce korzystać z AI, tym mocniej musi pokazać obywatelom, że technologia nie stanie się wymówką dla braku odpowiedzialności. Analiza mechanizmu manipulacji lub komunikacji. Pierwszy mechanizm to hasło przełomu. „Koniec ery nieuchwytnych algorytmów” brzmi mocno i dobrze porządkuje komunikację. Obywatel ma zrozumieć, że państwo wreszcie łapie coś, co dotąd wymykało się kontroli. Taki język jest atrakcyjny, ale niesie ryzyko nadmiarowej obietnicy. Algorytmy nie stają się uchwytne od samego przyjęcia projektu ustawy. Stają się uchwytne dopiero wtedy, gdy organ nadzoru ma wiedzę, narzędzia, pieniądze i odwagę kontrolowania silnych podmiotów. Druga technika to technokratyczne uspokojenie. Rząd mówi o AI Act, komisji, piaskownicach, procedurach, wsparciu innowacji i bezpieczeństwie. To język prawidłowy, ale dla zwykłego odbiorcy może działać znieczulająco. Im więcej instytucjonalnych nazw, tym łatwiej uwierzyć, że problem został opanowany. Tymczasem prawdziwa kontrola AI zaczyna się nie w nazwie komisji, lecz w szczegółach: dostępie do informacji, badaniu danych, terminach, sankcjach i możliwości zaskarżenia decyzji. Trzecia technika to równoważenie wszystkiego słowem „innowacja”. Projekt ma jednocześnie chronić obywatela i wspierać biznes. To nie musi być sprzeczne. Ale w praktyce konflikt może się pojawić: firma będzie chciała szybko testować system, urząd będzie chciał nowoczesnego narzędzia, a obywatel będzie chciał wiedzieć, czy nie stał się materiałem do eksperymentu. Jeżeli komunikacja zbyt mocno eksponuje rozwój, ochrona praw może stać się dodatkiem, a nie osią systemu. Czwarty mechanizm to rozmycie odpowiedzialności między Unią, rządem i przyszłą komisją. Gdy coś działa, władza może mówić o polskim sukcesie. Gdy coś nie działa, łatwo wskazać na unijne przepisy, złożoność technologii albo niezależny organ. Obywatel nie może zostać odesłany od instytucji do instytucji. Jeżeli system AI naruszy jego prawa, musi istnieć czytelna ścieżka odpowiedzialności. Dlaczego obywatel może dać się na to nabrać? Bo AI jest trudna do wyobrażenia, a państwowy nadzór brzmi uspokajająco. Większość ludzi nie będzie czytać projektu ustawy ani rozporządzenia. Zobaczy komunikat: zakazujemy niebezpiecznych systemów, powołujemy komisję, przyjmujemy skargi. To może wystarczyć do poczucia, że sprawa jest załatwiona. Nie jest. W sprawach algorytmicznych najważniejsze są szczegóły, których nie widać w konferencyjnym skrócie. Jak rozpoznać podobny mechanizm w przyszłości? Trzeba pytać: kto nadzoruje system, kto nadzoruje nadzorcę, czy obywatel dostaje wyjaśnienie, jak wygląda odwołanie, czy kontrola obejmuje sektor publiczny, jakie są terminy reakcji i czy organ ma ekspertów technicznych. Interes polityczny jest jasny: rząd może pokazać się jako nowoczesny i ochronny zarazem. Skutek społeczny będzie dobry tylko wtedy, gdy za językiem przełomu pójdzie realna, codzienna możliwość zakwestionowania działania algorytmu.
Moja ocena: projekt ustawy o systemach AI jest potrzebny, bo bez krajowego nadzoru obywatel pozostanie sam wobec technologii, której nie rozumie i której działania często nie widzi. Rząd słusznie wskazuje, że AI wymaga bezpieczeństwa, skarg i zakazów najgroźniejszych praktyk. Jednocześnie rząd powinien ostrożniej operować językiem przełomu. Koniec nieuchwytnych algorytmów nie nadejdzie wraz z nazwą komisji. Nadejdzie dopiero wtedy, gdy człowiek skrzywdzony przez system AI będzie mógł szybko ustalić, kto zdecydował, na jakiej podstawie, jak to sprawdzić i jak naprawić błąd. Bez tego algorytm pozostanie uchwytny tylko w komunikacie. Algorytm nie ma twarzy. Państwo ma ją mieć. I ma ją pokazać wtedy, gdy obywatel pyta, kto naprawdę podjął decyzję.
Autor i redaktor Libra True
Czytaj również


Ponad 9 tys. zł za auto zatrzymane w Niemczech. Dopiero RPO zatrzymał karę z automatu.
Obywatel dostał ponad 9 tys. zł opłaty karnej za brak OC, choć z dokumentów opisanych przez RPO wynikało, że samochód został zatrzymany przez niemieckie służby, odholowany, a następnie sprzedany na pokrycie kosztów przechowywania. UFG zamknął sprawę dopiero po interwencji Rzecznika Praw Obywatelskich i dodatkowym zapytaniu do sądu. To nie jest tylko historia o jednej karze. To opowieść o państwowym automacie, który potrafi działać szybciej niż zdrowy rozsądek.


Kiedy obywatel pyta anonimowo, państwo zaczyna pytać o obywatela Po wyroku NSA w sprawie GITD stawką nie jest jeden fotoradar, lecz granica między bezpieczeństwem publicznym a prawem do cichej kontroli władzy.
Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargę kasacyjną Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie anonimowego wniosku o informację publiczną skierowanego do Głównego Inspektora Transportu Drogowego. Sprawa dotyczyła danych o funkcjonowaniu fotoradaru, ale jej znaczenie jest znacznie szersze: chodzi o to, czy obywatel, dziennikarz, sygnalista albo osadzony może pytać państwo bez natychmiastowego ujawniania własnej tożsamości.


RPO wskazuje na spóźnione i niepełne odpowiedzi Straży Granicznej w sprawie deportacji 3 obywateli Afganistanu z 10 kwietnia 2026 r.
Rzecznik Praw Obywatelskich opisał sprawę, w której czas był nie dodatkiem, lecz istotą kontroli państwa. Przed deportacją obywateli Afganistanu RPO pytał Straż Graniczną o listę osób, pełnomocników i udział organizacji monitorujących, ale część informacji miała trafić do Biura dopiero po fakcie. MSWiA odpowiada, że działania rządu odbywały się w granicach prawa, lecz samo przyznaje, że sposób komunikacji SG z RPO mógł budzić zastrzeżenia.


Dane obywatela w rękach państwa. RPO i PUODO pokazują lukę, której rząd nie może zamiatać analizą.
RPO 8 czerwca 2026 r. poparł PUODO w sprawie zmian w ustawie wdrażającej unijną dyrektywę policyjną. Problem jest poważniejszy niż techniczna korekta: chodzi o dane przetwarzane przez organy ścigania, sądy, prokuraturę i służby, a także o wyłączenia, które mogą odbierać obywatelowi realną kontrolę nad własnymi informacjami. Ministerstwo Sprawiedliwości przyznało, że część analiz potwierdza luki i wątpliwości. Teraz odpowiedzialność polityczna jest prosta: MSWiA musi pokazać, czy naprawia system, czy tylko go opisuje.