Ewaluacja pod kroplówką. Rząd łagodzi skutki oceny nauki, zamiast naprawić sam system.
Rządowy projekt dotyczący ewaluacji jakości działalności naukowej za lata 2022-2025 pokazuje coś więcej niż techniczną zmianę w szkolnictwie wyższym. Państwo przyznaje, że system ocen może uderzyć w doktorantów i szkoły doktorskie, więc proponuje przepisy osłonowe dla podmiotów z kategorią B. Problem w tym, że ta awaryjna poduszka nie naprawia mechanizmu oceny. Ona tylko amortyzuje jego najostrzejsze skutki.

Sednem sprawy jest sprzeczność między językiem deregulacji a realnym mechanizmem interwencji: rząd nie przebudowuje krytykowanego systemu ewaluacji nauki, lecz czasowo zawiesza część jego konsekwencji, żeby doktoranci i jednostki nie zapłacili pełnej ceny za reguły, które same budzą zastrzeżenia.
29 kwietnia 2026 r. do Sejmu trafił rządowy projekt ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z wynikami ewaluacji jakości działalności naukowej za lata 2022-2025. Projekt ma numer rządowy UDER93 i został opisany jako element działań deregulacyjnych. W Sejmie funkcjonuje jako druk nr 2500. 14 maja komisje Edukacji i Nauki oraz do Spraw Deregulacji zarekomendowały uchwalenie projektu bez poprawek, a 27 maja, po drugim czytaniu, projekt wrócił do komisji z wnioskiem o odrzucenie. 28 maja komisje zarekomendowały odrzucenie tego wniosku.
Formalnie projekt jest krótki. W praktyce dotyka jednego z nerwów polskiej nauki: związku między kategorią naukową a prawem do nadawania doktoratów oraz prowadzenia szkół doktorskich. Zasada jest twarda. Jeżeli podmiot ma w danej dyscyplinie kategorię co najmniej B+, może korzystać z kluczowych uprawnień. Jeśli spada do B albo C, konsekwencje mogą dotknąć doktorantów, promotorów, jednostki i całe ścieżki awansu naukowego.
Za projekt odpowiada Rada Ministrów, a stanowisko rządu w Sejmie prezentuje Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego. W dokumentach OSR jako ministerstwo wiodące wskazano Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a jako osobę odpowiedzialną Karolinę Zioło-Pużuk, sekretarz stanu. Po stronie sejmowej sprawą zajmują się Komisja Edukacji i Nauki oraz Komisja do Spraw Deregulacji. W sprawozdaniach komisji sprawozdawcą jest Dariusz Wieczorek.
Po drugiej stronie nie ma jednej zwartej grupy interesu. Są uczelnie, instytuty PAN, instytuty badawcze, szkoły doktorskie, doktoranci, osoby ubiegające się o stopień doktora i Rada Doskonałości Naukowej, która przy kategorii C ma wyznaczać inny podmiot do kontynuowania postępowań. To ważne, bo projekt nie dotyczy wyłącznie wewnętrznej tabelki ministerstwa. Dotyczy ludzi, których kariera może utknąć przez zmianę kategorii instytucji, a nie przez ich własną decyzję.
Ocena skutków regulacji daje solidny materiał do analizy. Pierwsza ewaluacja obejmująca lata 2017-2021 dotyczyła 283 podmiotów, w tym 137 uczelni, 70 instytutów PAN, 64 instytutów badawczych, 2 federacji oraz 10 innych podmiotów. Łącznie oceniono 1145 dyscyplin. Kategorie B+, A i A+ otrzymało 1075 dyscyplin, czyli 93,89 proc. wszystkich ocen. Kategorie B i C otrzymało 70 dyscyplin, czyli 6,11 proc.
Na pierwszy rzut oka skala problemu może wyglądać niewielko. Ale to złudzenie administracyjnej statystyki. Nawet jeśli kategorię B albo C dostaje mniejszość dyscyplin, konsekwencje mogą być skoncentrowane bardzo boleśnie: na doktorantach, na prowadzonych postępowaniach, na prawie do rekrutacji i na reputacji jednostki. OSR wskazuje także, że 72 uprawnione podmioty złożyły do 30 września 2025 r. wnioski o poddanie się drugiej ewaluacji. W tabeli oddziaływania wskazano 163 szkoły doktorskie, w tym 141 prowadzonych samodzielnie i 22 wspólnie, oraz 18 607 doktorantów.
Dokument przyznaje również, że w odniesieniu do pierwszej ewaluacji nie ma w systemie POL-on danych pozwalających jednoznacznie potwierdzić, kto skorzystał z mechanizmu łagodzącego. Możliwa była jedynie ocena pośrednia. To drobne zdanie ma duże znaczenie: państwo łagodzi skutki systemu, ale samo przyznaje, że monitorowanie wykorzystania poprzedniego mechanizmu nie było pełne.
Jeżeli podmiot posiadał uprawnienie do nadawania stopnia doktora i w drugiej ewaluacji otrzyma kategorię B w danej dyscyplinie, będzie mógł kontynuować postępowania doktorskie wszczęte przed przyznaniem tej kategorii. Nie będzie jednak mógł wszczynać nowych postępowań. Taka ochrona ma trwać najdalej do kolejnej, trzeciej ewaluacji obejmującej lata 2026-2029.
Jeżeli podmiot dostanie kategorię C, ochrona jest słabsza. Postępowania rozpoczęte przed przyznaniem kategorii mają być kontynuowane przez inny podmiot wyznaczony przez Radę Doskonałości Naukowej. To rozwiązanie ma zabezpieczyć osoby, które rozpoczęły już ścieżkę doktorską, ale równocześnie przenosi odpowiedzialność organizacyjną poza jednostkę, która straciła zdolność działania w dotychczasowym trybie.
Projekt dotyczy także szkół doktorskich. Jeżeli szkoła prowadzi kształcenie w dyscyplinie, która spadnie do kategorii B, będzie mogła kształcić tych doktorantów, którzy rozpoczęli naukę najpóźniej w roku akademickim przyznania tej kategorii. Nie będzie mogła jednak prowadzić rekrutacji w tej dyscyplinie. W określonych sytuacjach może to oznaczać zatrzymanie rekrutacji do całej szkoły doktorskiej, nawet jeśli część dyscyplin zachowała wyższą kategorię.
Niespójność zaczyna się od słowa, którym rząd opakowuje projekt: deregulacja. W zwykłym rozumieniu deregulacja ma upraszczać przepisy, zdejmować zbędne obowiązki i ograniczać ciężar państwa. Tutaj mamy raczej ustawowy amortyzator. Państwo nie mówi: naprawiliśmy system oceny. Mówi: wyniki tego systemu mogą wywołać skutki tak ostre, że trzeba przygotować specjalne przepisy na wypadek spadku kategorii.
To nie musi być zarzut wobec samej ochrony doktorantów. Ochrona osób, które nie odpowiadają za kategorię swojej jednostki, jest logiczna. Problem polega na czym innym: jeżeli system oceny wymaga regularnych ustawowych poduszek bezpieczeństwa, to być może problemem nie są tylko jego skutki, ale sam sposób zaprojektowania mechanizmu. Projekt nie odpowiada na to pytanie. On je odkłada.
W dokumentach pojawia się też wyraźny ślad sporu środowiskowego. Rząd przyznaje, że do ministra docierają liczne uwagi i krytyczne opinie wobec skutków stosowanego systemu oceny jakości działalności naukowej. W zestawieniu opiniowania widać uwagi dotyczące między innymi zbyt długiego zamrożenia skutków ewaluacji, braku dodatkowej weryfikacji po 2-3 latach, ryzyka kontynuowania uprawnień bez minimum kadrowego oraz problemów habilitacyjnych. Część uwag odrzucono lub wyjaśniono, wskazując, że projekt ma charakter epizodyczny, a reforma modelu ewaluacji to osobna sprawa.
Ten temat może brzmieć hermetycznie, ale dotyczy jakości państwa. Doktoraty, szkoły doktorskie i kategorie naukowe nie są prywatnym problemem uczelni. Od nich zależy rozwój kadr medycznych, technologicznych, prawnych, społecznych, pedagogicznych i badawczych. Jeśli państwo źle projektuje system oceny nauki, to skutki nie kończą się w gabinecie rektora. Wracają do obywatela w postaci słabszych instytucji, wolniejszych badań i mniejszej odporności państwa na kryzysy.
Dla doktoranta sprawa jest jeszcze prostsza. Człowiek może przez kilka lat pracować nad rozprawą, funkcjonować w określonej szkole doktorskiej, układać życie zawodowe wokół jednej instytucji, a potem dowiedzieć się, że kategoria jednostki zmienia jego ścieżkę. Projekt próbuje temu zapobiec. I dobrze. Ale obywatel ma prawo zapytać, dlaczego dopiero ustawa specjalna ma ratować ludzi przed skutkami systemu, który miał mierzyć jakość, a nie produkować niepewność proceduralną.
Projekt jest po pracach komisji po drugim czytaniu. Komisje rekomendują odrzucenie wniosku o odrzucenie projektu, więc politycznie ścieżka do dalszego procedowania pozostaje otwarta. Jeżeli ustawa zostanie uchwalona, będzie obowiązywać po 14 dniach od ogłoszenia. Jej skutki będą jednak realnie widoczne dopiero wtedy, gdy pojawią się wyniki drugiej ewaluacji i konkretne podmioty otrzymają kategorie B albo C.
Najważniejsze pytania na przyszłość są trzy. Po pierwsze, ile jednostek faktycznie będzie potrzebowało osłony. Po drugie, czy ochrona doktorantów nie stanie się równocześnie sposobem na odsuwanie reformy systemu oceny. Po trzecie, czy rząd pokaże projekt nowego modelu ewaluacji, czy będzie kontynuował praktykę naprawiania skutków po fakcie.
Mechanizm komunikacyjny: deregulacja jako słowo-maskownica W tej sprawie najciekawszy mechanizm komunikacyjny polega na nazwaniu interwencji osłonowej deregulacją. To słowo dobrze brzmi, bo kojarzy się z rozsądkiem, uproszczeniem i zdejmowaniem biurokratycznych ciężarów. W tym projekcie jednak nie chodzi wyłącznie o uproszczenie. Chodzi o ustawowe złagodzenie konsekwencji systemu oceny, który sam rząd opisuje jako krytykowany i budzący obawy.
Technika działa przez przeniesienie akcentu. Zamiast mówić: system ewaluacji może zbyt gwałtownie uderzyć w doktorantów i szkoły doktorskie, komunikat publiczny może mówić: realizujemy działania deregulacyjne. Obywatel słyszy hasło administracyjnej poprawy, a nie ostrzeżenie, że twarde powiązanie kategorii z uprawnieniami wymaga kolejnego wyjątku.
Pominięty fakt jest kluczowy: projekt nie zmienia modelu ewaluacji. Nie przebudowuje kryteriów, nie wprowadza nowej metodologii, nie rozwiązuje sporu o to, czy kategorie naukowe rzeczywiście dobrze odzwierciedlają jakość jednostek. Dokument robi coś węższego: czasowo łagodzi skutki dla doktorantów i postępowań doktorskich. To może być potrzebne, ale nie powinno być opowiadane jako systemowe rozwiązanie problemu.
Emocja, którą taki język wywołuje, jest spokojna i technokratyczna. Ma nie być alarmu. Ma być wrażenie, że rząd porządkuje przepisy. Tymczasem pod spodem jest konflikt: między surowością oceny a ochroną ludzi, którzy wchodzili do systemu pod określonymi warunkami. Jeżeli odbiorca nie zobaczy tego konfliktu, uzna projekt za drobną poprawkę. A to jest raczej sygnał ostrzegawczy, że mechanizm oceny wymaga rozmowy głębszej niż kolejny przepis przejściowy.
Jak rozpoznać podobną technikę w przyszłości? Warto sprawdzić, czy hasło użyte w komunikacie odpowiada temu, co robi przepis. Jeśli władza mówi o deregulacji, trzeba zapytać: czy znosi obowiązek, czy tylko przykrywa awaryjną interwencję? Jeśli mówi o ochronie, trzeba zapytać: kogo chroni, przed czym i dlaczego ten problem powstał. W tym przypadku odpowiedź prowadzi do sedna: państwo chroni doktorantów przed skutkami własnego systemu oceny.
Moim zdaniem projekt jest potrzebny jako bezpiecznik, ale słaby jako odpowiedź systemowa. Nie można karać doktoranta za to, że instytucja, w której rozpoczął ścieżkę naukową, spadła w kategorii. Państwo powinno zapewnić ludziom możliwość dokończenia rozpoczętych postępowań i kształcenia. To elementarna odpowiedzialność instytucjonalna.
Jednocześnie nie wolno udawać, że bezpiecznik jest remontem instalacji. Jeżeli po pierwszej ewaluacji trzeba było łagodzić skutki, a przed drugą ewaluacją znów tworzy się przepisy osłonowe, to problem ma charakter powtarzalny. Władza może oczywiście nazwać to deregulacją. Ale czytelnik powinien zobaczyć pod spodem coś innego: państwo, które wie, że jego system oceny może działać zbyt twardo, więc montuje amortyzator, zanim uderzenie spadnie na ludzi.
Doktorant nie powinien być zakładnikiem kategorii, której sam nie przyznaje. Ale państwo nie powinno też co kilka lat ratować ludzi przed własnym algorytmem. Jeśli system wymaga kroplówki po każdej ewaluacji, to problemem nie jest tylko pacjent. Problemem jest także lekarz i metoda leczenia.
Autor i redaktor portalu Psi PatrOl 24.

