środa, 3 czerwca 2026
Libra True
Prawo·Wiadomość

Dzieci jako argument, rejestr domen jako narzędzie. Rząd otwiera nowy front kontroli internetu.

Ochrona dzieci jest konieczna, ale nie może być tarczą dla nieprecyzyjnego prawa, które tworzy infrastrukturę blokowania treści i przesuwa granicę państwowej kontroli nad Internetem.

Michał K. · Redaktor prowadzący
2 czerwca 2026 19:37 · 3 min czytania

Rząd przyjął kilka projektów cyfrowych jednego dnia. Najbardziej nośny politycznie jest projekt ustawy o ochronie małoletnich przed dostępem do treści pornograficznych w internecie. Według komunikatu Kancelarii Premiera dostawcy usług cyfrowych mają stosować skuteczne sposoby sprawdzania wieku użytkowników, a mechanizmy weryfikacji mają być anonimowe i nie mają przekazywać serwisom danych osobowych użytkowników. Powstać ma także rejestr domen, które udostępniają treści pornograficzne bez skutecznej weryfikacji wieku; strony wpisane do rejestru mają być blokowane. Kara za utrudnianie kontroli lub brak dopuszczenia kontroli może sięgnąć 1 mln zł.

Równolegle rząd przyjął projekt UC141, który ma wprowadzić procedurę nakazów ograniczających dostęp do treści naruszających prawo w Internecie. W komunikacie wskazano, że uprawnione podmioty - m.in. Policja, Prokuratura, Krajowa Administracja Skarbowa, Straż Graniczna, osoby pokrzywdzone i właściciele praw autorskich - będą mogły występować o nakaz ograniczenia dostępu do nielegalnych treści. Prezes UKE ma prowadzić rejestr stron wykorzystywanych do rozpowszechniania nielegalnych treści, a dostawcy internetu mają blokować dostęp do takich stron. Od decyzji ma przysługiwać droga sądowa, a decyzje mają być publikowane.

To nie jest drobna nowelizacja techniczna. To budowa narzędzi, które dotykają trzech bardzo wrażliwych obszarów naraz: ochrony dzieci, wolności słowa i prywatności dorosłych użytkowników. W takim miejscu komunikat rządu nie wystarcza. Potrzebny jest tekst ustawy, precyzyjne definicje, realna kontrola sądowa i jasna odpowiedź, kto poniesie odpowiedzialność za błędną blokadę.

Faktem jest, że 2 czerwca 2026 r. Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o ochronie małoletnich przed dostępem do treści pornograficznych w internecie oraz projekty UC140 i UC141 dotyczące świadczenia usług drogą elektroniczną. Faktem jest również, że w rządowym opisie pojawia się rejestr domen, blokowanie stron i kary administracyjne. Faktem jest też wcześniejsza krytyka Rzecznika Praw Obywatelskich i Rzeczniczki Praw Dziecka wobec projektu ochrony małoletnich w internecie.

RPO podkreślał, że cel projektu jest ważny i bezdyskusyjny, ale ostrzegał przed problemem określoności prawa, prywatności, wolności wypowiedzi i sposobu nakładania obowiązków na usługodawców. W opinii RPO szczególnie istotne były pytania o brak definicji legalnych pojęć takich jak treści pornograficzne i treści szkodliwe, o techniczne warunki weryfikacji wieku oraz o to, czy szczegółowe warunki wykonywania obowiązków mogą być określane w zaleceniach publikowanych w BIP, zamiast w akcie prawa powszechnie obowiązującego.

Rzeczniczka Praw Dziecka również uznała potrzebę ochrony dzieci, ale wskazała ryzyko nadużyć przy procedurze zgłaszania domen, zwłaszcza gdy zgłoszenie może być anonimowe, a ustawowa definicja treści pornograficznych pozostaje nieostra. Wskazywała, że bez precyzji do rejestru mogą trafiać również domeny z treściami edukacyjnymi, profilaktycznymi albo zdrowotnymi. To jest sedno problemu: dobry cel nie usuwa obowiązku napisania dobrego prawa.

Mechanizm wygląda następująco. Najpierw władza wybiera cel, którego nikt rozsądny nie chce lekceważyć: ochronę dzieci przed pornografią i szkodliwymi treściami. Następnie do tego celu dobudowuje instrumenty techniczne: obowiązkową weryfikację wieku, rejestr domen, możliwość blokowania stron i sankcje dla dostawców usług. Potem w komunikacji publicznej ciężar rozmowy przesuwa się z pytania o konstrukcję przepisów na pytanie moralne: czy jesteś za ochroną dzieci, czy przeciw?

To typowy punkt, w którym debata publiczna może zostać spłaszczona. Obywatel słyszy hasło o ochronie małoletnich i naturalnie reaguje aprobatą. Mało kto ma czas sprawdzać, jak działa rejestr domen, kto podejmuje decyzję, jak szybko sąd ją weryfikuje, czy blokada jest natychmiastowa, czy strona może skutecznie się bronić, jak rozpoznaje się błąd i czy państwo publikuje statystyki nadużyć. Właśnie dlatego ten temat wymaga kontroli redakcyjnej. Nie po to, by bronić patologii Internetu, lecz po to, by państwo nie dostało zbyt łatwego biletu do rozszerzania kontroli.

Najbardziej drażliwy jest styk dwóch systemów: weryfikacji wieku i blokowania domen. Rząd deklaruje, że mechanizmy weryfikacji będą anonimowe, a serwisy nie będą otrzymywać danych osobowych użytkowników. To brzmi dobrze, ale samo zapewnienie nie jest gwarancją. Gwarancją jest dopiero precyzyjny przepis, opis techniczny, audytowalny model działania, minimalizacja danych i jasny zakaz tworzenia profili użytkowników. Jeśli dorosły obywatel musi potwierdzać wiek, aby wejść na legalną stronę, państwo musi wykazać, że nie tworzy bocznego toru do rejestrowania jego aktywności.

Napięcie nie polega na tym, czy dzieci należy chronić. Napięcie polega na tym, czy rząd buduje proporcjonalne narzędzie, czy zbyt szeroki system, który w przyszłości będzie można rozszerzać na kolejne kategorie treści. Dzisiejsza lista może dotyczyć pornografii, materiałów seksualnych z udziałem małoletnich, oszustw, phishingu, nawoływania do samobójstwa, nienawiści czy fałszywych alarmów. Część z tych spraw jest oczywista i wymaga szybkiej reakcji. Część może dotykać granic debaty publicznej, satyry, sporu politycznego, ostrych komentarzy albo treści błędnie zakwalifikowanych przez organ.

W komunikacie rządu przy UC141 pojawia się ważna gwarancja: nakazy blokowania treści nie będą wykonywane automatycznie przed możliwością zakwestionowania w sądzie, z wyjątkiem spraw dotyczących ochrony dzieci. To zdanie powinno być czytane bardzo uważnie. Wyjątek może być uzasadniony, jeśli chodzi o realne zagrożenie małoletnich. Ale wyjątki w prawie mają skłonność do rozszerzania się, zwłaszcza gdy działają pod silnym hasłem emocjonalnym. Dlatego obywatel powinien pytać nie tylko o intencję, lecz także o granice: kto decyduje, kiedy, na podstawie jakich dowodów i na jak długo.

Dla rodzica sprawa jest oczywista: dziecko nie powinno mieć łatwego dostępu do pornografii ani treści drastycznych. Dla obywatela sprawa jest szersza: prawo tworzone w imię ochrony dzieci może jednocześnie ustawić standard kontroli internetu dla wszystkich. Jeśli standard będzie precyzyjny, przejrzysty i kontrolowany przez sąd, może wzmocnić bezpieczeństwo. Jeśli będzie niejasny, uznaniowy i oparty na zbyt szerokich pojęciach, może stać się wygodnym narzędziem usuwania treści, których państwo albo wpływowi uczestnicy rynku nie chcą widzieć.

Ten problem dotyczy także przedsiębiorców, wydawców, organizacji społecznych i zwykłych administratorów stron. Jeśli definicje będą nieostre, podmiot może nie wiedzieć, czy musi wdrożyć weryfikację wieku, analizę ryzyka albo dodatkowe zabezpieczenia. Jeżeli za błąd grozi wysoka kara albo wpis do rejestru, część usługodawców zacznie usuwać lub ograniczać treści na zapas. Tak działa efekt mrożący: prawo nie musi nikogo formalnie cenzurować, żeby ludzie zaczęli sami milczeć ze strachu przed kosztem sporu z państwem.

Rządowa narracja jest silna, bo opiera się na słowie 'dzieci'. To jedno z najmocniejszych słów w polityce. Trudno z nim polemizować bez ryzyka, że zostanie się przedstawionym jako ktoś, kto nie rozumie zagrożenia. Taka rama komunikacyjna jest skuteczna, ale niebezpieczna dla jakości debaty. Zamiast dyskusji o procedurach, definicjach i gwarancjach prywatności, pojawia się prosty podział: odpowiedzialni chcą chronić dzieci, krytycy przeszkadzają.

Właśnie tu pojawia się mechanizm manipulacyjny, choć nie trzeba przesądzać, że jest intencjonalny. To przeniesienie sporu z poziomu prawnego na moralny. Odbiorca ma uznać, że skoro cel jest dobry, to instrumenty także są dobre. A to nieprawda. W państwie prawa dobry cel jest początkiem pracy legislacyjnej, nie końcem kontroli. Im szlachetniejszy cel, tym bardziej precyzyjne powinny być narzędzia, bo to właśnie na takich celach najłatwiej buduje się społeczne przyzwolenie na rozwiązania zbyt szerokie.

Po pierwsze, trzeba porównać finalny tekst projektów przyjętych przez Radę Ministrów z wcześniejszymi uwagami RPO i RPD. Kluczowe pytanie brzmi: czy definicje treści pornograficznych i szkodliwych zostały doprecyzowane w ustawie, czy nadal pozostają w obszarze uzasadnień, zaleceń albo praktyki organu?

Po drugie, trzeba sprawdzić, jak technicznie ma działać anonimowa weryfikacja wieku. Nie wystarczy zdanie, że serwisy nie będą dostawać danych osobowych. Potrzebny jest opis, kto potwierdza wiek, jakie dane widzi, jak długo je przechowuje, czy system tworzy ślad aktywności użytkownika i czy obywatel może dochodzić swoich praw po błędzie. Po trzecie, trzeba kontrolować rejestry: domen pornograficznych bez weryfikacji wieku oraz stron wykorzystywanych do rozpowszechniania nielegalnych treści. Rejestr może być narzędziem bezpieczeństwa, ale może też stać się czarną skrzynką. Dlatego konieczne są publiczne statystyki: ile domen wpisano, z jakiego powodu, ile sprzeciwów uwzględniono, ile blokad uchylił sąd i ile razy organ pomylił się w kwalifikacji.

Moim zdaniem ten projekt powinien być opisany bez histerii, ale też bez naiwności. Ochrona dzieci przed pornografią jest zadaniem państwa, rodziców, szkoły i platform cyfrowych. Rząd ma prawo szukać skutecznych narzędzi. Ale jeśli przy okazji tworzy rejestry blokowanych domen i procedury ograniczania dostępu do treści, musi pokazać obywatelom coś więcej niż dobre intencje.

Największym ryzykiem jest język, który rozbraja czujność. 'Bezpieczeństwo dzieci' działa jak polityczny immunitet: kto zapyta o wolność słowa, brzmi jak przesadny formalista; kto zapyta o prywatność dorosłych, wygląda jak ktoś, kto nie rozumie skali problemu; kto zapyta o definicje, zostaje wrzucony do worka z obrońcami chaosu. To wygodne dla władzy, ale fatalne dla prawa. Dobre państwo nie każe obywatelowi wybierać między bezpieczeństwem dzieci a własnymi wolnościami. Dobre państwo umie chronić jedno bez demolowania drugiego.

Jeżeli projekty zostaną dobrze dopracowane, mogą wzmocnić ochronę dzieci, zwiększyć odpowiedzialność usługodawców i dać państwu narzędzia do szybszej reakcji na najbardziej szkodliwe treści. Jeżeli jednak przepisy pozostaną nieprecyzyjne, skutkiem może być fala sporów, nadmierne blokowanie treści, przerzucenie ryzyka prawnego na przedsiębiorców i nieufność obywateli wobec cyfrowych mechanizmów kontroli.

Politycznie rząd zyskuje mocny temat: może pokazać się jako obrońca dzieci i porządku w Internecie. Instytucjonalnie bierze jednak na siebie odpowiedzialność za każdy błąd systemu. Błędna blokada strony edukacyjnej, zdrowotnej albo społecznej nie będzie drobną pomyłką techniczną. Będzie dowodem, że państwo weszło w obszar, którego nie potrafiło kontrolować z należytą precyzją.

Dzieci trzeba chronić naprawdę, nie propagandowo. A internet trzeba regulować tak, żeby państwo nie dostało w prezencie narzędzia, którego samo nie umie ograniczyć.

Twoja reakcja
Michał K.
Redaktor prowadzący

Autor i redaktor portalu Psi PatrOl 24.

Czytaj również

Pełnomocnik przy zamkniętym oknie. MOS2 miał uprościć legalizację pobytu, a RPO pyta o realne prawo do pomocy prawnej.

Pełnomocnik przy zamkniętym oknie. MOS2 miał uprościć legalizację pobytu, a RPO pyta o realne prawo do pomocy prawnej.

RPO prowadzi postępowanie wyjaśniające po skardze radcy prawnego dotyczącej dostępu pełnomocników do MOS2 - systemu służącego m.in. do elektronicznego składania wniosków o zezwolenia pobytowe. Problem jest poważniejszy niż techniczny formularz: UdSC wskazuje, że wniosek podpisany przez pełnomocnika może być prawnie nieistniejący i nie podlegać uzupełnieniu. Jeżeli cyfrowy system nie mieści pełnomocnika w kluczowym momencie sprawy, cyfryzacja zaczyna dotykać prawa strony do realnej pomocy prawnej.

2 czerwca 2026 · 3 min
Zapach, sąd i państwo bez miarki. Spór o chlewnię pokazuje lukę, którą władza zostawiła obywatelom.

Zapach, sąd i państwo bez miarki. Spór o chlewnię pokazuje lukę, którą władza zostawiła obywatelom.

Rzecznik Praw Obywatelskich poinformował 28 maja 2026 r., że nadal analizuje wniosek o wniesienie skargi nadzwyczajnej w sprawie rolnika, który przegrał proces cywilny o zadośćuczynienie za uciążliwe zapachy z chlewni. W tle są konkretne daty, wyroki, skarga kasacyjna, termin do 23 lipca 2029 r. i ponad 7 tys. spraw o skargę nadzwyczajną prowadzonych w BRPO. Ale najważniejsze pytanie nie brzmi, kto ma rację w jednym sąsiedzkim sporze. Brzmi: dlaczego państwo przez lata nie zbudowało jasnych reguł dla konfliktów, które dosłownie wchodzą ludziom do domów przez okna.

1 czerwca 2026 · 2 min
Fałszywy alarm, realne kajdanki. Państwo musi wyjaśnić, gdzie kończy się interwencja, a zaczyna nadużycie procedury.

Fałszywy alarm, realne kajdanki. Państwo musi wyjaśnić, gdzie kończy się interwencja, a zaczyna nadużycie procedury.

Rzecznik Praw Obywatelskich zwrócił się do Komendanta Głównego Policji o wyjaśnienia po interwencjach w mieszkaniach dziennikarzy Telewizji Republika, w tym w lokalu Tomasza Sakiewicza. Według RPO podstawą działań miały być zgłoszenia o możliwym zagrożeniu życia lub zdrowia, ale pojawiły się też informacje o przeszukaniu pomieszczeń i użyciu kajdanek. Policja odpowiada, że przy takich zgłoszeniach musi reagować natychmiast. I właśnie tu zaczyna się sedno sprawy: państwo ma obowiązek ratować życie, ale nie ma prawa uciekać od kontroli własnych metod.

1 czerwca 2026 · 2 min
Rachunek dla agresora zaczyna się od składki podatnika. Polska wchodzi do komisji roszczeń dla Ukrainy.

Rachunek dla agresora zaczyna się od składki podatnika. Polska wchodzi do komisji roszczeń dla Ukrainy.

Rząd skierował do Sejmu projekt ratyfikacji konwencji, która ma utworzyć Międzynarodową Komisję do spraw Roszczeń dla Ukrainy. To ważny krok w stronę prawnego rozliczenia rosyjskiej agresji, ale dokument pokazuje również mniej wygodną część tej historii: zanim agresor zapłaci, mechanizm trzeba sfinansować, zorganizować i dopiero uruchomić. Polityczne hasło brzmi prosto. Prawny rachunek jest znacznie bardziej złożony.

29 maja 2026 · 2 min