Cel inflacyjny wrócił do tabeli. Rachunek za drogi pieniądz został u obywatela.
Do Sejmu trafiły dwa sprawozdania NBP: z działalności banku centralnego i z wykonania założeń polityki pieniężnej za 2025 r. W papierach widać powrót inflacji w okolice celu, ale też rachunek, którego nie da się zamknąć jednym zdaniem o sukcesie: średnioroczny CPI wyniósł 3,6%, usługi w grudniu były droższe o 5,2% rok do roku, a NBP zakończył rok stratą 35,7 mld zł. Problem nie leży w samej tabeli. Problem leży w tym, jak instytucja publiczna opowiada obywatelowi cenę własnych decyzji.

Sprawozdanie RPP pokazuje nie tylko spadek inflacji, lecz także mechanizm, w którym instytucja publiczna zamyka opowieść sukcesem statystycznym, choć społeczny koszt wysokich cen i wysokich stóp nie znika razem z końcową tabelą roku.
Sejm opublikował druki nr 2627 i 2628: sprawozdanie z działalności Narodowego Banku Polskiego w 2025 r. oraz sprawozdanie z wykonania założeń polityki pieniężnej na rok 2025. Dokumenty zostały skierowane do Marszałka Sejmu jako oficjalne rozliczenie banku centralnego i Rady Polityki Pieniężnej. Formalnie to rutynowa procedura. Merytorycznie to jednak jeden z najważniejszych dokumentów o tym, jak państwo tłumaczy obywatelowi rok wysokich cen, drogich kredytów i spóźnionego poczucia ulgi.
RPP pokazuje, że w 2025 r. inflacja CPI spadała: 4,9% w pierwszym kwartale, 4,1% w drugim, 3,0% w trzecim i 2,5% w czwartym. Od lipca, według sprawozdania, inflacja miała mieścić się w paśmie zgodnym z celem NBP. Równocześnie Rada utrzymywała w pierwszym kwartale stopę referencyjną na poziomie 5,75%, a potem obniżyła ją do 4,00% na koniec roku. To są fakty, których nie trzeba podważać, aby zadać trudniejsze pytanie: czy obywatel dostał pełny obraz kosztu, czy tylko wykres z wygodnym zakończeniem.
Za decyzje o stopach procentowych odpowiada Rada Polityki Pieniężnej. Za działalność banku centralnego i przedłożenie sprawozdania odpowiada NBP. Za część otoczenia, w którym ta polityka działała, odpowiadają także rząd i parlament: ceny administrowane, decyzje fiskalne, podatki pośrednie i deficyt sektora finansów publicznych nie są materią oderwaną od polityki. Sprawozdanie samo wskazuje, że kształt polityki fiskalnej, ceny energii, dynamika płac i ożywienie popytu pozostawały czynnikami ryzyka dla inflacji.
Nie oznacza to prostej odpowiedzialności jednej instytucji za każdy rachunek w sklepie. Oznacza jednak, że publiczna opowieść o inflacji nie może udawać, że wystarczy przywołać cel 2,5% z dopuszczalnym odchyleniem i zamknąć sprawę. Bank centralny, rząd i Sejm uczestniczą w jednym systemie decyzji. Obywatel widzi skutek łączny, nawet jeżeli instytucje dzielą go między paragrafy.
Najważniejszy fakt brzmi tak: inflacja rzeczywiście spadła, ale nie oznacza to cofnięcia cen. GUS podał, że średniorocznie w 2025 r. ceny towarów i usług konsumpcyjnych były wyższe o 3,6% niż rok wcześniej. W grudniu 2025 r. CPI wzrósł rok do roku o 2,4%, ale usługi były droższe o 5,2%. To jest ta część rzeczywistości, której nie widać, gdy komunikat kończy się na zdaniu o powrocie do celu. Dla gospodarstwa domowego niższa inflacja nie znaczy, że rachunek spadł. Znaczy tylko, że rośnie wolniej.
W sprawozdaniu NBP pojawia się drugi wymiar: wynik finansowy banku centralnego. NBP za 2025 r. wykazał stratę 35,7 mld zł przy sumie bilansowej 1 079,3 mld zł. Dokument wskazuje, że główną przyczyną była zmiana wyceny związana z umocnieniem złotego wobec walut obcych, a wynik prowadzenia polityki pieniężnej był ujemny i wyniósł 21,0 mld zł. To nie jest automatycznie zarzut. To jest informacja o skali instytucji, która operuje na poziomie nieporównywalnym z codziennym doświadczeniem obywatela, ale której decyzje wpływają na codzienne portfele.
Niespójność nie polega na tym, że RPP fałszuje dane. Problem jest subtelniejszy i przez to groźniejszy dla debaty publicznej. Dokument może być poprawny liczbowo, a jednocześnie prowadzić czytelnika do zbyt wygodnego wniosku. Skoro od lipca inflacja mieściła się w celu, łatwo uznać, że historia została naprawiona. Tyle że pierwsze półrocze nie znika, ceny usług nie znikają, a gospodarstwa domowe nie rozliczają życia w kwartalnych średnich banku centralnego.
Druga niespójność dotyczy języka. RPP słusznie przypomina o opóźnieniach transmisji polityki pieniężnej i o szokach zewnętrznych: pandemii, wojnie, energii, surowcach, otoczeniu międzynarodowym. To są realne czynniki. Ale język opóźnień i szoków bywa też wygodnym płaszczem. Kiedy wszystko jest efektem wielu zmiennych, coraz trudniej wskazać, kto powinien publicznie wyjaśnić własną decyzję, własne zaniechanie albo własną prognozę.
Inflacja nie jest abstrakcją z tabeli. To cena koszyka w sklepie, rata kredytu, czynsz, usługa dentystyczna, naprawa samochodu, rachunek za ogrzewanie i decyzja, czy odkładać zakup, czy zaciągać zobowiązanie. Wysokie stopy procentowe ograniczają inflację z opóźnieniem, ale wcześniej uderzają w kredytobiorców i firmy. Zbyt szybkie luzowanie może znów podbić popyt i oczekiwania cenowe. Właśnie dlatego komunikacja RPP nie jest sprawą technokratyczną. To element zaufania do państwa.
Obywatel ma prawo wiedzieć nie tylko, że cel został osiągnięty w średnim okresie. Ma prawo wiedzieć, jaką cenę zapłacił za dojście do tego punktu, które ryzyka nadal zostały w systemie i które decyzje po stronie fiskalnej mogą ponownie podnieść temperaturę. Bez tego raport roczny staje się rytuałem. Państwo przynosi segregator, odczytuje liczby i liczy na to, że nikt nie zapyta, ile kosztowała droga między pierwszym a ostatnim wykresem.
W tym samym sprawozdaniu RPP wskazuje, że w 2025 r. trwało ożywienie gospodarcze, PKB wzrósł o 3,6%, a deficyt sektora finansów publicznych zwiększył się do 7,3% PKB z 6,4% w 2024 r. To ważne, bo polityka pieniężna nie działa w próżni. Jeżeli bank centralny próbuje schładzać gospodarkę, a polityka fiskalna podtrzymuje wysoki deficyt, obywatel dostaje mieszany sygnał. Jedna część państwa mówi: trzeba hamować. Druga część często działa tak, jakby rachunek miał przyjść później i do kogoś innego.
To nie jest spór o to, czy RPP miała w 2025 r. ciąć stopy szybciej, wolniej albo wcale. To jest spór o standard rozliczenia. Bank centralny ma prawo tłumaczyć swoje decyzje złożonością świata. Ale złożoność nie może stać się tarczą przed prostym pytaniem: czy komunikacja instytucji publicznej pomaga obywatelowi rozumieć rzeczywistość, czy raczej uspokaja go wtedy, gdy powinien zachować czujność.
Najbliższy etap to debata sejmowa nad sprawozdaniami i polityczne rozliczenie RPP oraz NBP z 2025 r. Jeżeli dyskusja ograniczy się do rytualnej wymiany zdań między obozami politycznymi, sens dokumentów zostanie zmarnowany. Prawdziwe pytania są konkretne: jakie ryzyka inflacyjne pozostają w 2026 r., jak polityka fiskalna wpływa na pracę RPP, czy bank centralny potrafi mówić o kosztach własnych decyzji językiem zrozumiałym dla człowieka spoza rynku finansowego i czy rząd bierze odpowiedzialność za te elementy inflacji, które wynikają z cen regulowanych oraz deficytu.
Jeżeli tych pytań nie będzie, zostanie tylko wygodna opowieść: inflacja wróciła, procedura wykonana, dokument złożony. A to za mało. Państwo nie powinno rozliczać się z obywatelami tak, jak księgowy rozlicza zamknięty kwartał. W polityce pieniężnej najważniejsza jest wiarygodność. A wiarygodność zaczyna się tam, gdzie instytucja nie ukrywa kosztu za eleganckim wykresem.
Mechanizm komunikacji: sukces na końcu osi czasu W tym materiale nie trzeba twierdzić, że ktoś świadomie manipuluje. Wystarczy pokazać mechanizm komunikacyjny, który ma potencjał manipulacyjny. Pierwsza technika to selektywne domknięcie osi czasu. Odbiorca dostaje najbardziej uspokajający punkt: od lipca inflacja była zgodna z celem NBP, a w czwartym kwartale wyniosła 2,5%. To prawda, ale prawda niepełna. Ten sam dokument pokazuje 4,9% w pierwszym kwartale i 4,1% w drugim. GUS pokazuje średnioroczny wzrost cen o 3,6% oraz grudniowy wzrost cen usług o 5,2% rok do roku. Mechanizm działa prosto: końcowy odczyt ma zamknąć emocję, choć cały rok nadal mówi więcej niż finałowy punkt wykresu.
Druga technika to język nieuchronności. W raporcie pojawiają się szoki zewnętrzne, opóźnienia transmisji, uwarunkowania międzynarodowe, polityka fiskalna, ceny energii, płace i popyt. Każdy z tych elementów jest realny. Razem tworzą jednak labirynt, w którym odpowiedzialność staje się trudna do uchwycenia. Obywatel słyszy, że wszystko jest skomplikowane, więc łatwiej akceptuje brak prostego rozliczenia. To nie musi być fałsz. Może być półprawda technokratyczna: tak szczegółowa, że zaciemnia najważniejsze pytanie.
Trzecia technika to uspokajający autorytet instytucji. Bank centralny mówi językiem wykresów, podstaw prawnych i średniego okresu. Ten język ma znaczenie, bo gospodarka nie jest sterowana emocją. Ale w debacie publicznej może działać jak filtr: kto nie rozumie instrumentów polityki pieniężnej, ten ma przyjąć komunikat na wiarę. Właśnie dlatego podobne dokumenty trzeba czytać przeciwko wygodnej narracji. Należy pytać o pełny okres, o kategorie cen, o skutki dla kredytobiorców, o wpływ deficytu i o to, czy państwo mówi o kosztach równie głośno, jak o sukcesie.
Interes polityczny takiej narracji jest oczywisty: zmniejszyć presję na instytucje publiczne i zamknąć spór słowem „stabilizacja”. Skutek społeczny jest poważniejszy. Obywatel może uznać, że problem został rozwiązany, chociaż jego budżet domowy nadal żyje skutkami poprzednich decyzji, podwyżek i opóźnionych reakcji. Podobną technikę można rozpoznać w przyszłości po jednym sygnale: gdy władza publiczna pokazuje ostatni, najlepszy odczyt, trzeba natychmiast zapytać o cały wykres.
Moim zdaniem sprawozdania NBP i RPP są dobrym materiałem nie dlatego, że ujawniają skandal, lecz dlatego, że pokazują dużo bardziej powszechną chorobę państwa: skłonność do zamykania trudnych spraw poprawnym formalnie językiem. Inflacja spadła. To fakt. Cel w końcówce roku został osiągnięty. To również fakt. Ale państwo nie może wymagać od obywatela, by cieszył się wykresem, jeżeli przez wiele miesięcy płacił więcej za podstawowe usługi, żył z drogim kredytem i słyszał, że wszystko jest kwestią opóźnień.
Najbardziej niebezpieczna w tej sprawie nie jest liczba 2,5%. Najbardziej niebezpieczne jest przekonanie, że władza publiczna może zastąpić odpowiedzialność precyzyjną terminologią. Dobre instytucje nie tylko publikują raport. Dobre instytucje potrafią powiedzieć obywatelowi: tyle kosztowały nasze decyzje, tyle wynikało z czynników zewnętrznych, tu popełniono błąd prognozy, tu potrzebna jest ostrożność, a tu polityka fiskalna utrudnia pracę banku centralnego.
Inflacja może wrócić do celu. Zaufanie wraca dopiero wtedy, gdy państwo przestaje mylić poprawny raport z uczciwym rozliczeniem.
Autor i redaktor portalu Psi PatrOl 24.
Czytaj również


Волинь 1943. Пам’ять без помсти. Правда без брехні.


Wołyń 1943. Prawda, której nie wolno zakopać.


Po co Tuskowi „emerytura dla celebrytów”?


Niższy deficyt jako zasłona dymna. Budżet 2025 nie dowiózł dochodów o ponad 38 miliardów.
Rządowe sprawozdanie z wykonania budżetu za 2025 r. daje władzy wygodną liczbę: deficyt był niższy od ustawowego limitu. Ale ten sam dokument pokazuje coś znacznie mniej efektownego: dochody budżetu państwa wyniosły 594,5 mld zł zamiast planowanych 632,8 mld zł. Ponad 38 mld zł różnicy to nie drobna korekta, lecz rachunek za zbyt optymistyczne planowanie i późniejsze opowiadanie budżetu od najlepszej strony.